sobota, 16 października 2010

Płaszcz - projekt

Na fali mojej zakupowej depresji powstał projekt płaszcza idealnego: estetycznego i praktycznego. Będzie to dopasowany, szary płaszcz z asymetrycznym zapięciem. Kołnierz nie wygląda może jak część praktycznego projektu, ale to wina braku umiejętności rysowania. Uszyty będzie wyglądał zupełnie inaczej (kołnierz, nie płaszcz). Ale na pewno będzie w nim ciepło, za sprawą materiału, zawierającego 80% wełny i izolacji w postaci watoliny. Może nie brzmi zbytnio przekonująco, ale wierzę, że będzie dobrze. Materiał jest cienki, więc płaszcz nie straci fasonu, ale wystarczająco dobry jakościowo, by nie przeleżeć całej zimy z gorączką w łóżku. Będzie gotowy pod koniec miesiąca!

A oto moja inspiracja:
zdjęcie Babci i Dziadka (zwróciłam uwagę na płaszcz Babci)

wtorek, 12 października 2010

Nienawidzę zakupów!

Czemu zawsze tak jest, że robi się zimno, zaczyna padać deszcz, potem śnieg, a ja dalej chodzę w balerinach jak jakiś konik polny, który przez całe lato przyglądał się mrówkom, zamiast zbierać zapasy? Dlaczego co sezon jestem zmuszana do honorowej rundki po sklepach, z których wychodzę jako niezadowolony konsument? Co sezon dowiaduję się też, że nie tylko nie mieszczę się już w rozmiar 36, ale też 38. Nienawidzę zakupów.
Wchodzę do kolejnego sklepu (który to już dzisiaj? – myślę), oglądam ubrania (często pogniecione) i zastanawiam się, czy nie widziałam ich już w poprzednim sklepie. Odnoszę wrażenie, że projektanci ubrań, sprzedawanych w sieciówkach traktują klienta trochę niepoważnie.

Próbuję kupić płaszcz i botki. W zeszłym roku przywitałam zimę w jesiennym płaszczyku i tak jakoś wyszło, że przechodziłam w nim całą, mroźną zimę. Teraz miało być inaczej (sama nie mogę nadziwić się mojej naiwności).  Pełna optymizmu (ach ta naiwność) poszłam do sklepu. Znalazłam całkiem ładne botki – gruba podeszwa, zwiększająca szanse na przechodzenie zimy w suchych skarpetkach, sięgały do kostki, szaro-granatowa kolorystyka. Rozmiarówka? 36, 37 i na tym koniec. Nieznacznie popsuło mi to humor, jednak dwie godziny i 10 sklepów później miałam po prostu dość. W ramach „relaksu” postanowiłam zająć się szukaniem płaszcza. Po godzinie doszłam do wniosku, że albo mogę wyglądać, delikatnie mówiąc, śmiesznie (i nosić na sobie „płaszcz” stylizowany na pikowany namiot), albo wyglądać normalnie (czyli chodzić w dobrze skrojonym płaszczu, z materiału grubego jak plaster sera). Nie jestem w stanie pojąć, jak to możliwe, że produkuje się nikomu niepotrzebne rzeczy i jeszcze się na tym zarabia. Dlaczego płaszcze, w których można wsiąść do limuzyny, a nie do autobusu, sprzedaje się w sieciówkach?

Myślę, że coś trzeba z tym zrobić, dlatego zamierzam stworzyć płaszcz idealny. Pogniecie się dopiero wtedy, gdy będę go nosić (a nie tak jak ubrania w sklepach – pogniecione już na wieszaku), nie będzie miał dekoltu (naprawdę nie wiem, skąd wzięła się idea na projektowanie płaszczy i kurtek z dekoltem), będzie ciepły (taaaaak!) i estetycznie wykonany. Oto mój plan!

niedziela, 10 października 2010

Mieć STYL – co to właściwie znaczy?

Co najmniej od kilku dekad moda nie dyktuje nam trendów, raczej je proponuje. Otwierając rano szafę nie mamy już dylematu jak Scarlett O’Harra, mająca żałobę po Karolku Hamiltonie. Niezależnie od wieku i statusu społecznego możemy ubierać to, co najbardziej nam odpowiada. Jest to jednak wersja oficjalna. Jak ubierać się oryginalnie, skoro wszędzie powielany jest ten sam schemat?
Wszędzie czytamy identyczne rady, jesteśmy zachęcani do inspiracji stylem celebrytów, „Seksem w wielkim mieście”, kupowania w lumpeksach… Co obecnie oznacza sformułowanie „mieć własny styl”?

Nadchodzi nowy sezon. Nieważne, czy jest się na bieżąco z trendami, czy też nie – trzeba kupić nowe ubrania. Ciepłe buty, płaszcz, jakieś swetry… Zaczyna się szał zakupów. Idziemy do jakiejś sieciówki, bo tam przecież zakupy robi się najłatwiej, na przykład do H&M. Wybieramy sobie kożuszek, leżący najbliżej wejścia, za najbardziej popularną w tym sklepie cenę – 129,9 PLN, bez świadomości, że przez najbliższe kilka miesięcy będziemy nosić ubranie inspirowane płaszczem z kolekcji Burberry. Trochę jak w filmie „Diabeł ubiera się u Prady”, kiedy Andrea wyśmiała dwa identyczne paski – „Uważasz, że to cię w ogóle nie dotyczy. Idziesz do swojej szafy i wyjmujesz sfilcowany, niebieski sweter, by zasygnalizować światu, że traktujesz siebie zbyt poważnie, by dbać o to, w co się ubierasz. Ale nie wiesz, że ten sweter jest nie tylko niebieski. Nie turkusowy. Nie w barwie lapis lazuli. Jest modry. Jesteś nieświadoma faktu, że w roku 2002 de la Renta stworzył kolekcję modrych sukien, potem Yves Saint Laurent pokazał serię modrych marynarek. Modrość ukazała się w ośmiu różnych kolekcjach, potem zdeklasowała się w domach towarowych, by następnie dogorywać smętnie w twojej szafie. Ale mimo to za tym odcieniem stoją miliony dolarów, więc bawi mnie twoje przekonanie, że dokonałaś wyboru, by odciąć się od świata mody, gdy tymczasem nosisz sweter wybrany przez obecne tu osoby”. Może jest to trochę przerysowane, aczkolwiek niepozbawione prawdy. Kupowanie w sieciówkach jest na pierwszy rzut oka pozbawione wad, ale jeżeli przyjrzymy się temu okiem świadomego konsumenta, dostrzeżemy kilka mankamentów. Mam na myśli przede wszystkim słabą jakość (mam dziury we wszystkich T-shirtach, kupionych w sieciówkach), przytłaczająca liczba zbyt dosłownych inspiracji „prosto z wybiegu” i ubrania z „zielonej” linii H&M „made in bangladesh”.

Inną kwestią jest kupowanie w lumpeksach i internetowych sklepach, specjalizujących się w sprzedaży ubrań vintage. Osobiście nie jestem przekonana do robienia zakupów w ten sposób. Praktycznie wszystkie blogi o modzie bazują na lumpeksowych opowieściach i prezentowaniu zakupowych łupów, przez co wydaje mi się to jeszcze bardziej oklepane. Jakoś nigdy nie wierzyłam w skomponowanie całego zestawu za mniej niż 20 złotych, a jedyna rzecz, jaką kupiłam w lumpeksie to kapelusz, w którym nigdy nie wyszłam na ulicę z powodu braku odwagi.

Nie wierzę też w akcje typu „zmienić styl za grosze” czy diy (do it yourself), prezentowane często w magazynach i blogach o modzie, a robienie wytartych dżinsów za pomocą Domestosa czy nawlekanie koralików na sznurek w celu zrobienia naszyjnika, uważam po prostu za śmieszne. Tak samo jak przyszywanie koralików do poduszki w celu „ożywienia wnętrza” – przykład ten powielany jest często w tego typu artykułach. Ogólnie robienie ręcznie biżuterii jest świetnym sposobem na ożywienie stylu, ale do tolerancji wobec koralików nikt mnie nie zmusi – są po prostu okropne!

Innym sposobem na urozmaicenie stylu (tym razem w wersji z wyższej półki) jest biżuteria firm takich jak Pandora czy Lilou. Choć płacenie 800 złotych za jeden koralik wydaje się głupotą, ogólna idea bardzo mi się podoba. Tym bardziej, że najtańsze (czyli najbardziej minimalistyczne) koraliki są kolokwialnie mówiąc najładniejsze. Idea takiej biżuterii została zaadaptowana również przez klasę średnią. Mam na myśli oferty z Krupówek i nadmorskich straganów – „stwórz niepowtarzalną biżuterię! łańcuszek – 5 złotych, każdy koralik – 3 złote”. To jeden z przykładów na nieprawidłowe zrozumienie pojęcia „luksus”. Biżuteria marki Pandora przywodzi mi raczej na myśl góralki, które marzyły o posiadaniu prawdziwych korali. Zbierały je latami, każdy koralik zdobywały osobno, zostawiały w spadku swoim córkom… W każdym bądź razie była to biżuteria z historią. To był luksus. 

A co ze stylem? Z pojęciem „styl” kojarzy się przede wszystkim oryginalność. Ale jak tu być oryginalnym, skoro wszyscy dążymy w podobnym kierunku i podobnie rozumiemy to pojęcie? Na przykład biżuteria Lilou – została stworzona z myślą o byciu oryginalnym, a noszą ją prawie wszystkie polskie celebrytki. Wszyscy kopiujemy też ikony typu Audrey Hepburn i Marylin Monroe. Samo stwierdzenie „mój ulubiony film to „Śniadanie u Tiffany'ego”, czyni z nas kogoś lepszego, niż gdybyśmy lubili oglądać film „Sami swoi”,
a naszymi ulubionymi bohaterami byliby Kargul i Pawlak. Może trochę ironizuję, ale niestety tak wygląda rzeczywistość.
Miałam nadzieję, że Wikipedia pomoże mi lepiej zrozumieć znaczenie słowa „styl”. Niestety, Wikipedia traktuje słowa „moda” i „styl” jako synonimy i tłumaczy je jako „potrzebę naśladowania innych, aby się identyfikować z nimi”. Czyli koło się zamyka. Po raz kolejny, niestety.