poniedziałek, 14 lutego 2011

Alicja inspiruje…


A z resztą nie tylko Alicja. Myszka Mickey, Zła Królowa z bajki o Królewnie Śnieżce, Urszula (ta, która zabrała Arielce głos), Cruella DeMon… Nawet Hannah Montana wtargnęła już do naszej świadomości, spoglądając na nas z każdego możliwego produktu spożywczego, drogeryjnego czy odzieżowego. Jest to całkiem zrozumiałe ze względu na miliony ośmioletnich fanów tej utalentowanej wokalistki, ale zjawisko to, po piórnikach i kolorowankach, za swój cel przyjmuje modę. I o ile Hannah nikt nie traktuje do końca poważnie, to taka na przykład Królewna Śnieżka całkiem już na poważnie gości na T-shircie z najnowszej kolekcji D&G. 

Jednak na zaszczytne pierwsze miejsce dla najbardziej zasłużonej bajkowej postaci dla świata mody zasługuje z całą pewnością Alicja z Krainy Czarów. Już w roku 2003 jej potencjał dostrzegła Annie Leibovitz prezentując sesję zdjęciową dla amerykańskiego Vogue’a, w roli głównej z Alicją oczywiście. Przed obiektywem stanęła 21-letnia Natalia Vodianova. Świetnie sprawdziła się jako przestraszona dziewczyna o niebieskich, niewinnych oczach. Sześć lat później pojawił się lookbook jesienno-zimowej kolekcji Stelli McCartney, w którym modelka (Sigrid Agren) występuje na tle postaci z animowanego filmu „Bambi”. Jednak prawdziwy „szał” na „disneyowskie” filmy, a w szczególności na Alicję, przypada na rok 2010, kiedy to w kinie pojawiła się kinowa ekranizacja przygód Alicji w reżyserii Tima Burtona. Nie skończyło się na typowych gadżetach towarzyszących premierom najbardziej oczekiwanych filmów. Nagle inspirowanie się Alicją stało się po prostu modne. Stella McCartney zaprojektowała biżuterię do filmu, a niedługo po tym Tom Binns kolekcję „inspirowaną filmową adaptacją książki”. Na tej samej zasadzie powstała kolekcja, tym razem sukni wieczorowych i koktajlowych, Sue Wong  Pojawiła się także „Alicja dla mas” w postaci kolekcji dla „sieciówek”, są to między innymi: kolekcja bielizny Oysho, Forever 21, a nawet Reserved (wszystkie trzy pełne bardziej lub mniej oczywistych nawiązań do wspomnianego utworu). Nie obyło się także bez promocji w świecie kosmetyków – lakiery OPI, paleta do makijażu Urban Decay czy kosmetyki i akcesoria do makijażu Paul&Joe. Można by tak wymienić jeszcze kilka przykładów, na pewno trochę by się uzbierało, ale może lepiej zastanowić by się, dlaczego właściwie tak się dzieje?

Dlaczego „wysoka moda” na fali tej „sieciówkowej” tendencji na filmowe inspiracje przejmuje je, nie zważając na pewną dozę infantylności, jaką niesie ze sobą to zjawisko? Bo przecież oczywistą rzeczą jest fakt, że nie jest to moda dla wszystkich. Jednak pokolenie gwiazdek Disney’a pociągnęło za sobą pewną pobłażliwość w stosunku do tego zjawiska. Nie jest dobrze, ale przypuszczam, że niedługo z ulic znikną kopie Hannah Montana, Alicja po prostu „się przeje’, a zjawisko to będzie występowało jedynie w takiej postaci jak u Jeana-Charlesa de Castelbajac, czyli jako sztuka z prawdziwego zdarzenia.

środa, 2 lutego 2011

„Wypadło mi szkiełko z okularów „z Szanel””, czyli podróbki na ocenzurowanym

„Wypadło mi szkiełko z okularów „z Szanel”” – takimi oto słowami zostałam uraczona kiedyś, siedząc na schodach przed szkołą, przez dziewczynę trzymającą w ręku okulary z rzucającym się w oczy logo, utworzonym z połączenie zazębiających się liter „c”. Z daleka widać było, że owe okulary „z Szanel” nawet obok Chanel nie leżały. Z jakiegoś jednak powodu dziewczyna ta zdecydowała się na ich zakup. Tak samo jak wielu innych ludzi kupujących ubrania „z Diora”, „z Louisa Vuittona” czy „z Gucciego”. Dlaczego więc tak się dzieje? Czy kultura wszechobecnego lansu rozgrzesza udział w przestępstwie?

Zapytałam o to kilka osób. W odpowiedzi słyszałam tylko, że każdy chce mieć coś markowego, ale nie każdego na to stać. A co z szeroko rozumianym pojęciem luksusu? Przecież chodzi w tym właśnie o to, że nie każdy może go zakosztować. To raczej coś nieuchwytnego – cząstka duszy projektanta i rzemieślnika, wykonującego produkt. Czy to samo zawiera słabej jakości produkt, wyprodukowany w Chinach? Moim zdaniem nie, ale okazuje się, że wielu osobom to odpowiada. Wystarczy przejść się po Manhattanie (chociażby tym szczecińskim), aby z bliska obejrzeć podrabiane torebki z logo LV czy Prady, bądź perfumy we flakonach stylizowanych na oryginalne z rzucającymi się w oczy nazwami znanych marek. A skoro jest popyt, jest i podaż. Bo konsumenci nie kupują luksusowych markowych produktów dla nich samych, lecz dla wartości, które reprezentują. Dlatego właśnie najczęściej podrabia się produkty powszechnie znanych marek, kojarzących się z prestiżem. Torby Louis Vuitton i Fendi, apaszki Hermès, buty Adidas i Nike czy zegarki Rolex to najczęściej podrabiane produkty na świecie, które nieświadomym konsumentom dają poczucie mylnego, chwilowego luksusu.

Nie jest to oczywiście zjawisko nowe. Sygnowanie produktów (chociażby w postaci stempli i pieczęci) występowało już w starożytnych cywilizacjach. W średniowieczu cechy rzemieślnicze miały własne stemple, a indywidualni rzemieślnicy podpisywali swoje produkty (obecnie także podpisuje się artykuły wykonywane ręcznie, np. torbę Birkin od Hermès). Wraz z rozwojem przemysłu nastąpił także rozwój tzw. piractwa. Pojawiły się pierwsze biura patentowe, które broniły praw patentowych. Pierwszy w historii patent został udzielony przez króla Henryka VI w połowie XV wieku i dotyczył on sposobu produkcji szkła witrażowego. Ustawą obowiązującą obecnie jest tzw. prawo własności przemysłowej, któremu podlega również branża modowa. Prawo to nie zostało jeszcze ujednolicone i jego treść zależy od państwa, w którym się znajdujemy. Na przykład we Francji za posiadanie podrobionego towaru grozi mandat w wysokości trzystu tysięcy euro bądź trzy lata więzienia, we Włoszech kara pieniężna wynosi dziesięć tysięcy euro, a w Polsce za to samo przewinienie grozi kara pieniężna (w ustawie nie została wyszczególniona kwota) bądź dwa lata więzienia. Mimo tak wysokich kar handel podróbkami żyje swoim życiem, a konsumenci nie są świadomi konsekwencji swojego wyboru. Nie chodzi tu nawet o straty finansowe i obniżenie wizerunku. Przeważnie winy nie ponoszą ludzie, którzy prowadzą bezpośrednią sprzedaż, ale gangi i organizacje terrorystyczne, które tę sprzedaż organizują. Podobno wydarzenia z 11. września zostały sfinansowane ze sprzedaży podrabianych towarów. Podróbki nie należą do „etycznych” produktów także z drugiego powodu – chodzi oczywiście o wyzysk pracowników w krajach Trzeciego Świata, bo w celu obniżenia kosztów produkcja odbywa się najczęściej właśnie tam. Inną sprawą jest fakt, że posiadanie podróbki to po prostu zwykły wstyd.

Wykorzystując głupotę konsumentów, obok zwykłych, oczywistych podróbek powstała także druga grupa. Są to towary stylizowane na oryginał, ale z rzucającymi się w oczy różnicami. Na przykład okulary z logo OC zamiast CC, bądź torebka z monogramem Canvas, ale litery LV oryginalnie wpisane w ten monogram, zastąpione są jakimkolwiek symbolem. Okazuje się jednak, że jest to jak najbardziej zgodne z prawem i nieważne, że w efekcie dziwnym trafem połówka „o” zostaje odklejona i prezentowana zdezorientowanej klientce jako „najprawdziwszy oryginał”. Przykre realia. Na tej samej zasadzie możemy stać się posiadaczami artykułów sygnowanych nazwami „Channel” (zamiast Chanel), „Lacorse” (zamiast Lacoste) bądź „Georgi Amoni” (zamiast Giorgio Armani) i to wszystko naprawdę jest zgodne z prawem, bo różnica w nazwie widoczna jest na pierwszy rzut oka. To po prostu zarabianie pieniędzy na ludzkiej głupocie, ale handel prosperuje i ma się dobrze.

Duży wpływ na to zjawisko mają oczywiście wszechobecne trendy. W czasach, kiedy modny wygląd stał się wręcz priorytetem, a coraz to nowe ubrania jego nieodłączną częścią, ważnym elementem stały się tzw. sieciówki, przepełnione ubraniami, będącymi zbyt dosłowną inspiracją modeli prezentowanych na wybiegu. To także są swego rodzaju podróbki, ale z tym nawet nikt się nie kryje. Można to stwierdzić, patrząc chociażby na okładkę grudniowego Glamour’a „kup sobie sama! Sukienkę jak od Balmain za 79 zł, futerko jak od Gucciego za 49 zł, torebkę jak od Diora za 69 zł”. Czy naprawdę w modzie chodzi o to, by obwieszać się rzeczami „z Balmain”? Moim zdaniem nie, ale nie należę chyba do większości. Zjawisko produkcji i sprzedaży podróbek nie zniknie z pewnością, jeżeli w prawie będą tak duże rozbieżności, a w gazetach będzie promowany ideał bogatej „damy”, która na każde przyjęcie przychodzi z inną torebką (dla takich oto pań powstały także wypożyczalnie torebek np. bag4rent). Sama Coco Chanel powiedziała kiedyś nawet, że „bycie kopiowanym to cena sukcesu” i nie sposób się z nią nie zgodzić. Pozostaje jednak nadzieja, że sytuacja po pewnym czasie ulegnie zmianie (wpłynąć może na to chociażby coraz większa niechęć do towarów „made in china”). Trzymam kciuki za taki rozwój wydarzeń, a tekst dedykuję tym, którzy w swojej szafie mają co najmniej jedną rzecz „z Vuittona”, „z Chanel” czy „z Prady”.

rysunek autorstwa Lizzy la Rose