wtorek, 27 listopada 2012

Must-have’y na eventy i nie tylko

Temat polskiej mody powraca się dosyć często – w prasie czy też na bardziej lub mniej profesjonalnie prowadzonych blogach zachęca się do dyskusji – czy polska moda w ogóle istnieje? (moda oczywiście w znaczeniu najprostszym – nie w postaci kreacji aspirujących do haute couture, lecz ubrań, na które stać by było średnio zamożnego obywatela naszego kraju)
Niedawno odkryłam, ze postrzeganie poziomu polskiej mody w dużym stopniu zależy od nastawienia – można ograniczyć się do przeglądania magazynów i narzekania, że nie widzimy tam innej polskiej mody niż tej pod postacią sukni za ponad tysiąc czy apaszki za dwa tysiące osiemset złotych (taki oto absurd znalazłam niedawno w ofercie pewnego polskiego sklepu internetowego), które z przyczyn oczywistych kupić może tylko pewna część społeczeństwa; nie musimy się na to zgadzać! Możemy poświęcić trochę czasu i energii i spojrzeć na tych “młodych zdolnych”, którzy za nie tak duże pieniądze oferują ciekawe, często bardzo oryginalne projekty.
I tutaj znowu pojawia się temat do dyskusji – liczba projektantów rośnie jak grzyby po deszczu, jednak popyt na ich wyroby nie wzrasta równie szybko. Nie można nie zgodzić się z tym, że każdy projektant marzy o własnej marce, przez co marek przybywa i przybywa, niekoniecznie wraz z jakością. Można o tym dyskutować w nieskończoność – a ile osób, tyle poglądów (jak mówił Piłsudski “racja jak dupa, każdy ma swoją” – mogę to zostawić?:). Nie zamierzam rozpisywać się nad kondycja polskiej mody, a raczej zwrócić uwagę na to, co jest i w czym możemy swobodnie wybierać.
A w ramach zachęcenia/uzasadnienia...
Dlaczego zainteresowałam się polska modą? Doszłam do wniosku, że szeroko pojęte interesowanie-się-modą dotyczące osoby ubranej w Zarę i H&M jest dosyć śmieszne i niepoważne. Z dnia na dzień postanowiłam, że zakupy w sieciówkach trzeba mocno ograniczyć. Za dużo w świecie współczujących spojrzeń i zasmuconych min na myśl o produkcjach ubrań w krajach Trzeciego Świata ubranych od stóp do głów w H&M. Zdecydowanie zbyt dużo też mówienia o własności intelektualnej i zapierania się chociażby spojrzenia na jakąkolwiek podróbkę ludzi w “Chanel”, “Pradach” i innych “Balmainach” z Zary. Nie będę zachwalać polskiej mody słowami “dobre, bo polskie!”, a patriotką bynajmniej nie jestem, ale uważam, ze miło jest wspierać ludzi z pasją (większość projektantów to typowi “zapaleńcy”, którzy w swoich towarach sprzedają odrobinę swojej pasji), nosić ubrania inne niż wszyscy (“inne niż wszyscy” to bardzo utarty zwrot, ale zrozumie mnie chyba ten, kto choć raz spotkał na ulicy kogoś w “swoim” ubraniu); chodzi mi tez o stronę praktyczną – nie podoba ci się kołnierz w danej rzeczy? Piszesz do projektanta z prośba o uszycie odrobinę zmodyfikowanego modelu. Wolałabyś inny kolor? Kto wie, może projektant ma akurat materiał w tym kolorze. Przecież ci ludzie chcą zarobić i zrobią naprawdę dużo, by klienta do siebie przekonać.

Postanowiłam więc zrobić listę projektantów/firm, którymi warto się zainteresować przy najbliższych zakupach – przy wybieraniu ich brałam pod uwagę nie tylko ciekawe wzornictwo, ale przede wszystkim ceny.

CELAPIU – w asortymencie firmy znajdziemy czapki i opaski (100-150zł) – inspirowane różnymi, bardzo odległymi rzeczami (od zwierząt – kota, jelenia czy sowy – poprzez Małą Mi aż do Julii Tymoszenko), rękawiczki (60-70zł), szale (130-170zł) – zachwyca mnie szalik-akordeon, pelerynki (250zł), a nawet znak rozpoznawczy firmy – foksy, czyli filcowe etole z głową lisa (do 300zł).
O Celapiu można było przeczytać m.in. w Nylon Korea, co z pewnością przysporzyło firmie licznych klientów, szczególnie zza granicy.

więcej informacji – na stronie internetowej (link), a także profilu na Facebooku (link)


BELLE – oferta firmy ogranicza się w prawdzie tylko do sukienek, a także pojedynczych sztuk spódnic i bluzek, ale kreatywności Magdalenie Nowosadzkiej, projektantce firmy, odmówić bynajmniej nie można. Uwagę przyciągają detale – dekolt na plecach, asymetryczny elementy, marszczenia czy materiałowe kwiaty. Tematem przewodnim ostatniej kolekcji są paski. Zachwycające są też ceny, zamykające się w przedziale 130-180zł.
więcej informacji – na profilu na Facebooku (link), a także na stronach shrm.pl (link), cloudmine.pl (link), fullofstyle.pl (link) i OdProjektanta.pl (link)



DON’T TOUCH MY LLAMA! – chyba jedyna marka, która skupia całą swoją uwagę na lamach. Do niedawna firma sprzedawała “lamowe” bluzy, teraz specjalizuje się w T-shirtach (w ofercie pojawiły się także czapki). Wszystkie T-shirty mają ten sam krój (tzw. oversize i rękaw do łokcia) i cenę (95zł). Można wybierać m.in. między różową lamą w sercu, pop-artowymi lamami a la Andy Warhol czy też lamą w kosmosie.
więcej informacji – na profilu na Facebooku (Don't Touch My Llama!)


FRIENDS WITH BENEFITS – firma przyciągnęła moja uwagę świetnym lookbookiem (czemu to słowo nie ma polskiego odpowiednika?:/) – bardzo jesiennym, ale i bardzo kolorowym; tak to niestety w świecie mody bywa, że czym lepsze zdjęcia reklamowe, tym wyższe ceny. Ale o ile wahałabym się przy płaceniu 250zł za koszulę (mimo że naprawdę bardzo mi się podoba) czy 350zł za marynarkę, o tyle parki FWB mimo wysokiej ceny (400zł), wydają się być dobrą inwestycją – tym bardziej, ze dobrej jakości parek w niższej cenie chyba jeszcze nie widziałam.
więcej informacji – na profilu na Facebooku (Friends with Benefits) , a także na stronach shrm.pl, fullofstyle.pl i monstrami.pl


HANGER – marka Agnieszki Rymarczyk i Joanny Klary Palmy oferuje oryginalne wzornictwo w ciekawych, raczej stonowanych kolorach – nie ma tam miejsca na bijące po oczach wzory, jednak ubrania maja w sobie to “coś”, dzięki czemu rzucają się w oczy. Ceny wydają się być raczej przyjazne – sukienki (250zł), szorty (110zł), spódnice (90zł).
więcej informacji – na profilu na Facebooku (HANGER) , a także na stronie shrm.pl




ROZWADOWSKA BAGS – torby niestety nie są najtańsze, ale tak to własnie bywa ze skórzanymi rzeczami – jeśli są tanie, raczej długo nam nie posłużą. Wydaje mi się, ze lepiej zainwestowac w jedną na wiele lat niż wymieniać ją co rok “na lepszy model”. Wybór toreb Rozwadowskiej jest ogromny – małe kopertówki, torebki na łańcuszku, średniej wielkości, ale większe, bardziej pakowne; zrobione z różnorodnych tworzyw – od lakierowanej skóry, wyglądającej jak plastik, poprzez solidne skóry (ozdabiane na przykład nitami), aż do tych najbardziej luksusowych – z końskiej sierści.
Ceny uzależnione są zarówno od modelu, jak i tworzywa, z którego torba jest wykonana – ceny małych skórzanych kopertówki zaczynają się od 160zł, ceny średnich torebek – 300-400zł, a większych – od 500zł (zdarzają się także te najbardziej luksusowe, powyżej 1200zł).
więcej informacji – na stronie projektantki (klaudiarozwadowska.com), jej profilu na Facebooku (Rozwadowska Bags), a także na stronach shrm.pl, cloudmine.pl, fullofstyle.pl, pakamera.pl i decobazaar.com.


AGABAG – biżuteria, mimo że zrobiona z lego, nie wydaje się być infantylna. Projektantka oferuje wiele wzorów – różnego rodzaju bransoletki (do 45zł) – z różnokolorowych pojedynczych klocków, broszki (do 35zł) – motylki, kwadraty, serca, kolczyki (do 50zł) – wkrętki, ale też wiszące postaci, np. gejsza albo Harry Potter, naszyjniki podobne do bransoletek (do 50zł), pierścionki (do 45zł) – pojedyncze klocki, ale tez lego-postaci. Oprócz biżuterii kupić można także breloki (20zł), pendrive’y (dostępne pendrive’y mają pojemność 4 i 8GB, cena – 120-180zł), ale też spinki do mankietów (do 45zł).
więcej informacji – na stronie projektantki (agabag.com), jej profilu na Facebooku (Rozwadowska Bags), a także na stronach shrm.pl, cloudmine.pl, fullofstyle.pl, pakamera.pl i decobazaar.com.

BIŻUTERIA Z TALERZY – projektantka, Małgorzata Ziółkowska, wpadła podobno na ten pomysł, kiedy znalazła w ogródku starą filiżankę. Tak powstał pierwszy egzemplarz, a zaraz po nim kolejne –
niezwykle oryginalne broszki i pierścionki z logo takich firm jak Społem czy Orbis (znaleźć można tam także, chyba najbardziej unikatową, biżuterię z motywem warszawskiej kolumny Zygmunta), ale także wyglądające na bardziej nowoczesne, ale bardzo folkowe egzemplarze w ludowe motywy (np. kwiaty) lub zwierzeta.
więcej informacji – na profilu na Facebooku (biżuteria z talerzy)



AGATA BIELEŃ – projektuje bardzo minimalistyczną stalową biżuterię; nie ma w niej miejsca na jakiekolwiek ozdobniki, tylko pojedyncze elementy wykonane są z mosiądzu. W ofercie znajdziemy różnorodne pierścionki (w kształcie rożnego rodzaju wielokątów i owali) – 50-90zł, naszyjniki – 90-130zł, bransoletki – 80-190zł, a także kołnierzyki (również wykonane ze stali) – 100-130zł.
więcej informacji – na stronie projektantki (agatabielen.com), jej profilu na Facebooku (Agata Bieleń), a także na stronach shrm.pl, cloudmine.pl, fullofstyle.pl, pakamera.pl i decobazaar.com.





niedziela, 5 sierpnia 2012

Nieśmiałe marzenie

Raz na jakiś czas bierze mnie na poważne rozmyślania. Nie obyło się i dzisiaj w czasie prawie dziesięciogodzinnej jazdy samochodem, kiedy to do czytania miałam tylko „Glamoura”. Od kilku miesięcy zarzekam się, że w życiu już 4,99zł na tę gazetę nie wydam, ale kupowałam ją co miesiąc, cierpiąc na ciężkie uzależnienie od modowej prasy.
Wrócę jednak do moich rozmyślań w czasie lektury – obok mnie na siedzeniu leżała Grazia i jakoś tak przyszło mi do głowy, że niedługo ma się ukazać w Polsce nasza edycja Harper's Bazaar; od razu pomyślałam też o polskim Vogue’u (swoje żale w tym temacie wylałam już jakiś miesiąc temu), o którym słyszę już od dawna i nieśmiało powiem, że ja też mam marzenie – chciałabym czytać polską edycję Maxi Magazine (kupowałabym i co dwa tygodnie! podobno niektóre gazety modowe w Chinach wychodzą tak często).
Już wyjaśniam, jeżeli ktoś nie zna – Maxi to gazeta lifestyle’owa (o stylu życia – jakoś tak dziwnie to brzmi), ale stosunek treści modowej do tej niemodowej bywa czasami większy niż w wielu gazetach teoretycznie poświęconych modzie; znam tylko wersję niemiecką (oprócz tego ukazuje się jeszcze m.in. we Francji i w Serbii) i jest po prostu fenomenalna!

W gazecie podoba mi się niemal wszystko (a obiektywnie raczej do niczego przyczepić się nie można), począwszy od okładki – wszystkie gazety piszą, jak to powinno się umieć doceniać siebie, nie zważać na wszelkie niedoskonałości, by później na okładce sprezentować nam kolejną celebrytkę o idealnych ustach i metrowych rzęsach; tym razem na okładce widać przede wszystkim uśmiech bardzo ładnej dziewczyny, po chwili przenoszę spojrzenie na jej zęby – są bardzo białe, ale jedynki zostawiają, powiedzmy, wiele do życzenia. I co z tego? Uśmiech jest tak ładny, że chyba własnie ten brak doskonałości dodaje mu jeszcze większego uroku.


Otwieram gazetę i już na jedenastej stronie zatrzymuję się na dłużej – czytam o kobiecie, która robi ubrania z mleka (to tak w dużym skrócie). Ubrania projektowane przez Anne Domaske były początkowo tworzone dla jej teścia chorego na białaczkę – jego skóra nie tolerowała chemicznych barwników, nosił więc ubrania z mleka (początkowo wytwarzany jest suchy „twaróg”, później proszek, a następnie gotowe już nici – wszystko bez dodatku chemikaliów).


Później mamy kilka stron „głupot” – czytamy o możliwości noszenia spódnic (strony ilustrowane są zdjęciami zwykłych, stylowych kobiet „z ulicy”. aż można zapomnieć, ze istnieją celebryci!), następnie krótki a la reportaż o tym, co ludzie z zagranicy myślą o Niemcach (+takie-ładne-zdjęcia-że-miałam-przez-chwilę-otwartą-buzię). Na stronie 34 mamy tekst o hipsterach – podoba mi się lekki język i przyjemne dla oka ilustracje, na 37 „Marlboro Leid” – w czasie mody na niepalenie dostajemy tekst redagowany od innej strony niż mądry lekarz przedstawiający wszystkie potencjalne nowotwory, całkiem miło się czyta ze względu na styl autorki podobny do „gadaniny” Białoszewskiego. Zanim dojdziemy do stron o modzie, mijamy jeszcze ze trzy teksty (bardziej porywające niż te wszystkie reportaże, od których aż kipi w polskiej prasie).






Strona 44 – przegląd trendów. Na początku wzdrygnęłam się, widząc pastele – fala m.in. miętowego ogarnęła już wszystko. Manikiurzystka zachęcała mnie parę dni temu do pomalowania mi paznokci takim lakierem, sugerując jego status must-have’u:/. Przewróciłam jednak stronę dalej, by zrobić minę jak Cassie ze Skinsów „O, WOW! LOVELY!” – przegląd trendu pastelowego połączony z przepisami na ciasta w tym samym kolorze. Mamy więc piękne zrobiony sernik jagodowy w zestawieniu z sylwetka z pokazu Diora, brzoskwiniowo-jogurtowy tort + Jil Sander i malinowo-twarogowe marzenie + Chloé.


W dalszym przeglądzie trendów wzory retro (coraz bardziej przekonuję się do kapeluszy od LV), trend zilustrowany dodatkowo sesję zdjęciową (i teraz muszę się przyczepić. bardzo nie podobają mi się zdjęcia pięknych, zadbanych modelek, robione w jakichś egzotycznych krajach, w towarzystwie miejscowych ludzi – nie bardzo wiem, co to ma pokazać. te modelki wyglądają na dużo ładniejsze i w pewien sposób lepsze, że aż dziwnie mi się na taki kontrast patrzy, bo przecież nie są).


Na następnej stronie sugeruje się nam noszenie „ostrych cięć, ciemnych materiałów i szlachetnych tkanin”; są jeszcze małe torebki, swetry robione na drutach i kolejna sesja „Ciao bella” (mimo dosyć nieoryginalnego tytułu w interesujący dość stosów przedstawia wcześniej wymienione trendy z perspektywy włoskich projektantów, z Włochami w tle oczywiście).



Potem mamy dział BEAUTY i tekst o fryzurach dopasowanych do kształtu twarzy – nigdy nie wykrzesałam z siebie tyle energii, by zobaczyć, jaki mam kształt twarzy, ale w wersji dla ambitnych można się pewnie czegoś dowiedzieć; dalej mijamy test, który z pewnością pomoże nam dobrać idealna maseczkę do twarzy i przechodzimy do makijażu – doceniam ładne zdjęcia i opis bez podniecenia-a-la-mam-dwanaście-lat. W dziale BEAUTY podoba mi się także tekst o czterech niezbyt aktywnych ludziach, którzy próbują ćwiczeń – tekst ma bardzo pozytywny wydźwięk, nie wyczytałam nigdzie zapewnień o liczbie straconych kilogramów w czasie ich trwania, czytam raczej o radości, którą daje aktywność fizyczna.


Reszta gazety raczej nie jest poświęcona modzie – czytamy tekst Idy Müller o tym, że singielki dbają o siebie zdecydowanie bardziej niż kobiety w związkach (+ dosyć smutna statystyka), kilka stron poświęconych jest po prostu lubieniu siebie – niemiecka prasa ma chyba jeszcze większą obsesje na tym punkcie niż polska; jednym z zabawniejszych tekstów jest ten o fenomenie przyjaźni damsko-męskiej w odniesieniu do „Kiedy Harry poznał Sally”.
Kończymy działem kulturalnym, raczej klasycznie, ale już pierwszy tekst wydaje mi się w pewien sposób fajny – „Kultur für Coole”, czyli jak w niecodzienny sposób spędzić wieczór.


Później już raczej bez szału – na co pójść do kina, jaką książkę kupić, jaką roślinę posadzić w ogrodzie (to z gatunku tych bardziej osobliwych); jest tekst o podróżach (w sumie nie wiem, po co szpikują tym te gazety), kilka letnich przepisów, a na końcu dział WOHNEN, czyli wizyta u Desi Litis – nie mam pojęcia, kim jest ta pani, ale trzeba być kimś niesamowitym, żeby postawić na stole gigantyczną zlewkę;p


Dobrze, ze pisze na blogu i nie jestem ograniczona jakimkolwiek limitem liter – jestem po prostu desperacko uzależniona od dobrej prasy i nie mam czego czytać (to tak na obronę długości moich wypocin). Tak bardzo chciałabym czytać przeglądy trendów oparte na jakimś koncepcie, inspirować się zlewką leżąca na stole i mówić „o, wow! lovely!”. Czy nie dobrze byłoby mieć coś wartościowego do czytania??

niedziela, 17 czerwca 2012

Chcemy polskiego Vogue’a?

Vogue – tzw. „biblia mody”, uznawany za najbardziej opiniotwórczy magazyn o modzie; będący niewątpliwie namiastką świata prawdziwej mody. Zdaniem niektórych jest właśnie tym, czego Polsce brakuje, by stać się częścią tego świata. Osobiście nie wyobrażam sobie polskiego Vogue’a, ale zawsze można użyć trochę wyobraźni i zastanowić się, jak owy Vogue mógłby wyglądać.

Kto na okładkę?
Powiedziałam koleżance, że piszę tekst o hipotetycznym polskim Vogue’u. „No tak, już to sobie wyobrażam – Kasia Zielińska na okładce” powiedziała, po czym spojrzała na mnie z politowaniem. Obawiam się, że tak by się to właśnie skończyło. W Polsce raczej podąża się za Anną Wintour i jej filozofią „celebrytka na okładce-okładka sprzedana”. Brakuje nam odwagi Franci Sozziani (redaktor naczelnej włoskiego Vogue’a), która na łamach swojego magazynu prezentuje przede wszystkim modelki. Jeśli w Polsce na okładce widzimy modelkę, prawie na pewno jest nią Anja Rubik. Magdę Frąckowiak czy Kasię Struss częściej można zobaczyć na okładkach bardziej „niszowych” magazynów. W okładkach czasopism sieciowych brakuje przede wszystkim zdjęć autorskich. Byłam pod wrażeniem okładki z Dagą Ziober (Elle, luty ’12), jednak przeważającą częścią okładek są raczej te z „hollywoodzkimi gwiazdami”, będące często przedrukami z zachodnich gazet. Szkoda, że nie stać nas na okładki, które przyciągają wzrok jakością zdjęcia a nie twarzą znanej osoby.

Pierwsze strony...
Co w każdym numerze, niezależnie od miejsca wydania, można znaleźć na początku? Oczywiście kampanie reklamowe. Dior, Chanel, Prada, Marc Jacobs, Cartier – spojrzenie na kilka (a raczej kilkanaście, kilkadziesiąt) pierwszych stron daje nam przegląd najważniejszych, najbardziej luksusowych kolekcji. Co pokazywalibyśmy w polskim Vogue’u? No właśnie nie wiem. Obecnie w polskich magazynach (np. Elle czy Glamour) można zobaczyć kampanie MaxMary i Hugo Bossa, jednak przeważającą liczbę stron zajmują reklamy kosmetyków. Trzeba jednak przyznać, ze krokiem milowym ku rozpowszechnieniu marek z wyższej półki było otwarcie warszawskiego VitkAcu. Jest to pierwsze miejsce w Polsce, gdzie bez problemu (wystarczy odpowiednia zawartość portfela) można kupić rzeczy z najnowszych kolekcji najlepszych projektantów. Co prawda nie ma tam Chanel, ale ubrania od YSL, Alexandra McQueena czy Chloé wiszą na wieszakach i czekają na zainteresowanych klientów. Jako czytelniczka jestem dumna, kiedy otworzywszy Glamour, widzę zdjęcia najnowszych kampanii YSL czy Lanvin. Szkoda tylko, że w Polsce traktujemy to wszystko jako nowość, mimo że na Zachodzie od lat dostępność luksusowych towarów jest na porządku dziennym.

A co z redakcją?
Kwestią podstawową jest oczywiście skład redakcji. Pierwszą osobą odpowiednia do pracy w polskim Vogue’u, która przyszła mi do głowy, jest Michał Zaczyński, który do niedawna pisał do Newsweeka, ale współpraca chyba się nie ułożyła  (swoją droga to ogromna strata dla tej gazety). Dobre felietony pisałaby z pewnością także Joanna Bojańczyk (która obecnie pisze do Twojego Stylu i Rzeczpospolitej). Na pewno nie zawiodłaby też Maja Kasprzyk (Elle). Może Ina Lekiewicz (Glamour)? Zastanawiam się tylko, czemu tak mało pisze – wolę ją w roli dziennikarki niż stylistki. Należy tez wspomnieć o lekkim lecz treściwym stylu pisania Alicji Szewczyk (Glamour) – pewnie poprowadziłaby całkiem niezły dział kulturalny. Od niedawna czytam też bloga Alicji Kowalskiej, która wprawdzie jest stylistką, ale ostatnio coraz częściej zajmuje się pisaniem i trzeba przyznać, że odnajduje się w tej roli; z przyjemnością czytałabym jej relacje z pokazów oraz felietony także w wersji papierowej.
Tak więc, powiedzmy, cześć redakcji zajmującą się redagowaniem tekstów mamy już ze sobą. A co ze zdjęciami? Albo ewidentnie się nie znam, albo mam dziwny gust, ale odkąd panuje przekonanie, że każdy człowiek z lustrzanką jest fotografem, kompletnie nie mogę odnaleźć się w fotografii. Próbowałam przypomnieć sobie sesje zdjęciowe, które naprawdę zapadły mi w pamięć – do głowy przyszły mi dwie, które pamiętam doskonale, mimo że widziałam je kilka miesięcy temu. Zdjęcia te zostały opublikowane w moich dwóch ulubionych magazynach o modzie – Fashion Magazine i Viva!Moda. Pierwsza z nich jest bardziej klasyczna, stonowana – ma jednak w sobie coś innowacyjnego. Sesja (zatytułowana "Allure"  FM zima 2011) uzupełniona jest artykułem Marcina Świderka o Dianie Vreeland, całkiem ciekawym swoja drogą. Druga, autorstwa Marcina Tyszki ("Sztuka w służbie mody" V!M także zima 2011), jest zdecydowanie bardziej awangardowa, momentami może trochę dziwna, jednak nie sposób o niej zapomnieć (nie przesadzam) i nie pomyśleć czasami, co właściwie autor miał na myśli, fotografując ludzi w dziwnych pozach, ubranych w drogie ubrania (także polskich firm, co uznawane jest za niezwykle poprawne politycznie). Moje ulubione zdjęcie przedstawia parę młodą, trzymająca się za ręce, która wystaje ze ściany zamiast stać na podłodze, jak na klasyczną parę przystało. 

Zastanawiam się tylko, jak długo będę o nich pamiętać. Sesjami Tyszki, a z resztą nie tylko jego, chciałabym się zachwycać co miesiąc i nie tylko w wyżej wymienionych magazynach. Co miesiąc chciałabym widzieć w polskiej prasie coś nowego, zaskakującego i cieszyć się, jak wysoki poziom mody reprezentuje sobą Polska.
Tekst ten bynajmniej nie miał na celu absolutnej krytyki polskiego „świata mody” – nie jest przecież tak do końca źle. Mamy tydzień mody – dbajmy o poziom, nie sprzedawajmy tam kiełbasy na gorąco. Mamy projektantów – nie nazywajmy tych ubrań haute couture (właściwie nie jest to nawet zgodne z prawem). Mamy magazyny – prezentujmy w nich wartościowe sesje zamiast przedruków z zagranicznych tytułów (naprawdę nie satysfakcjonuje mnie fakt, że w polskim Glamour mogłam zobaczyć sesję, która wcześniej ukazała się w Vogue’u; widziałam ja w internecie kilka miesięcy wcześniej). Mamy dziennikarzy – aspirujmy do tych najlepszych, piszmy prawdę, ubierając ją w ciekawy język (pewna dziennikarka porównała wiosenny pokaz Louis Vuittona do toru weselnego – to właśnie takie recenzje zostają w pamięci, a nie te z informacja o tym, że w pokazie wzięła udział Kate Moss).

Przecież z jednej strony mamy ludzi takich jak Michał Zaczyński i Krzysztof Stróżyna (swoja drogą, czemu ubrania od Stróżyny są tak rzadko umieszczane w polskich sesjach zdjęciowych?), a z drugiej Joannę Horodyńską czy Adę Fijał (na pewnym forum internetowym widziałam propozycję, by właśnie te panie zostały redaktorkami mody w naszym polskim Vogue’u, kiedy już tylko takowy pojawi się na rynku).
Okażmy więc trochę skromności, biorąc pod uwagę obecne warunki i nie porywajmy się z motyka na słońce, czyli z naszymi możliwościami na polskiego Vogue’a.

środa, 9 maja 2012

Wywiad z Nell

Nell, modelką ze szczecińskiej agencji MLStudio, miałam okazję spotkać się już w czasie pisanie tekstu "Nie można byc całe życie wieszakiem na ubrania". Oczywiście rozgadałyśmy się, podobnie jak wtedy, bo trzeba przyznać, ze Nell jest równie dobrą modelka jak i rozmówczynią. Oto rozmowa z bardzo skromną, początkującą kolekcjonerka Vogue’ów:)
/rozmawiałyśmy wprawdzie miesiąc temu, ale dopiero teraz udało się tekst ten opublikować. nie wydaje mi się jednak, by treść nadto się przedawniła/

Muine Magazine

Sonia Fogg Kiedy rozmawiałam z Tobą kilka miesięcy temu, mogłaś pochwalić się jedną sesją dla Vogue’a. Teraz na swoim koncie masz już dwie. Odczuwasz prestiż Vogue’a jako tzw. „biblii mody”? 
Nell Moje życie i pogląd na nie zmienił się wcale po odbytej przeze mnie sesji. Prestiż bycia w Vogue... Nie pojmuję zbytnio, jak on smakuje. Jednak ja ogólnie mam problemy z odczuwaniem jakiejkolwiek wyższości. Swego czasu wstydziłam się tego, gdy babcia mówiła, iż jestem modelką z prostej przyczyny - skoro nie zarabia się w danym środowisku, a jedynie "mignęło się" obecnością z nazwiska, jak można twierdzić, iż jest się "kimś"? Jednak fakt faktem, że sama rozbudowa mojego portfolio o multum edytoriali w Korei, w tym również ten do Vogue, sprawiła, że ku Azji jestem przygotowana chyba najlepiej, jak tylko można. Dostaję lepsze propozycje, które może już niedługo zaowocują spełnieniem wymienionych w poprzednim wywiadzie marzeń. Co do jeszcze sławnego określenia "biblia mody", z reguły top modelki nie wymieniają zbytnio Azji jako czegoś godnego zainteresowania – dzięki temu możemy teraz sobie wyobrazić, że raczej Vogue azjatycki nie należy do "tej" kategorii Vogue'ów. Choć z drugiej strony nie można też za bardzo zaniżyć jego wartości. Pomimo trudności wbicia się do tego magazynu.  
Azjaci lubią promować swoje – domowe (wolą modelki azjatyckie i Europejce trudniej złapać szansę na uczestniczenie w edytorialu należącym do magazynów z wyższej półki ).I chwała za to. Miałam szczęście :) I nie powiem, że w jakiś sposób taki zbieg okoliczności nie poprawił mojego myślenia na bardziej pozytywne względem przyszłości :)

SF Naprawdę nie robi na Tobie wrażenia fakt, ze jesteś fotografowana w ubraniach ważniejszych projektantów? (w sesjach dopatrzyłam się ubrań m.in. od Marca Jacobsa, Miu Miu czy Jil Sander)?
Nell Oni niegdyś też byli tzw. "maluczkimi". To co przyozdabia ich w sławę, to dar, uwielbienie tłumów dla ich dzieła, a teraz również i pękate konto, dzięki któremu mogą bardziej wzrosnąć w potęgę. Może dla świata mody sieję teraz herezję, jednak nie traktuję tych ludzi jako guru, bogów. Fakt, są tymi, od których i mój los jest zależny. Jednak moje podejście do tych wszystkich ludzi utrzymuję na równi temu, jakie mam do innych ludzi. Gdyby stracili oni wszystko, czym się do tej pory reklamują, cały swój prestiż stanąłby przed nami nagi zwyczajny człowiek, który ba! może nawet nie przygotowany na tak wielki upadek skuliłby się w sobie. Doceniam fakt, że posiadają dar, podziwiam, iż tak trafnie potrafili go wykorzystać. Niektóre kreacje również mi się podobają, jednak nie bacząc na to, czy coś posiada metkę czy też nie, potrafię rzec, iż w normalnym życiu nie założyłabym tego na siebie, bo czuję się w tym źle, nie jest w moim stylu albo też po prostu mi się nie podoba. Są stopniami, które muszę przejść i klockami, które muszę tak poukładać, aby móc istnieć w naszym świecie.

SF To dosyć niecodzienne, ze Twój stosunek do modelingu nie zmienił się, mimo odniesionego sukcesu. A waga? Jestes na diecie?
Nell Waga? Odkąd pamiętam, miałam niedowagę. Na 177 wzrostu nigdy nie poczyniłam większych sukcesów niż maksymalnie 53kg, mimo iż w gimnazjum miałam moment depresyjny, kiedy to chciałam ważyć przynajmniej 60kg, co by się przypodobać ludziom, aby przestali mnie prześladować. Nigdy nie osiągnęłam tego celu i, tak jak mówiłam, teraz cieszę się z tego. Chociaż fakt faktem, działając w modelingu i posiadając większą miednicę, muszę dbać o biodra, żeby nie rozedrzeć sukienki ;p (udało mi się dwa razy!) Fakt faktem w modelingu wymagane jest, aby wymiary posiadać wręcz z rozmiarówki dziecięcej. Powracając do wagi – jestem osobą, która nie uważa tej miary za proroczą. Czymże jest waga? Przy tak wielkiej indywidualności, jaką jest nasz własny organizm?
W tym momencie przystosowuję swój organizm do "zapamiętania", ile centymetrów w biodrach winien utrzymać maksymalnie i minimalnie. Kiedy skończę programowanie swojego "zwierzątka", jak nazywam swoje ciało, będzie łatwiej. Ja nie jestem osobą, która ma problem z jedzeniem; z dziecięcego niejadka wyrosłam na stworzenie niemal wszystkożerne. Toteż zasada jest jedna –wszystko, lecz z umiarem. Mam jedynie tzw. "fioła" na punkcie wysoko przetworzonej żywności, po której po prostu źle się czuję, a moje zwierzątko zaczyna chorować i protestować. Kocham to, co najbliższe naturze. I większość dań staram się robić samodzielnie i niezwykle przywiązuję wagę do składu kupowanych składników czy ich pochodzenia.

SF Moze porozmawiamy o Twojej pracy w Korei. Co podobało Ci się najbardziej?
Nell Najbardziej to spodobało mi się z prac... Lunche! Azjatyckie jedzenie jest niesamowite:) Korea zaskoczyła mnie poziomem edytoriali, chociaż ja mam jakieś niezwykłe szczęście do trafiania w interesujące projekty. Jak można zauważyć, dużo z moich zdjęć należy do typu artystycznego-fashion. Namiastka teatru, nuta wizjonerskiej magii i to jest mój żywioł, gdzie wkładam całe swoje serce

SF Zdarzały się też te bardziej komercyjne - wzięłaś udział w reklamie galerii Hyundai Department Store. Pisała o tym nasza rodzima Zeberka;)
Nell Do dziś się zastanawiam, czy mam uznać ten fakt za prestiż i pomóc w zdobywaniu prac na moim niby rodzimym rynku, czy też skryć się przed oczywistym faktem, iż jest to plotkarski portal, żyjący z sensacji i wyolbrzymiający wszystko, aby tylko zyskać na liczbie odwiedzin... :D Była to moja pierwsza wykonana praca, zaraz na drugi dzień po przyjeździe – takie zdarzenia również pokrzepiają człowieka na duchu i przyciągają pozytywne myśli :)

SF Potem pojechałaś do Nowego Jorku, ale nie był to Twój pierwszy fashion week.
Nell Pierwszy, w którym uczestniczyłam w pełni modelingowych sił :) Jeśli chodzi o poprzednie, to byłam obecna w danym miejscu i o danym czasie... Nie byłam gotowa i nie myślałam o tym, jak o sposobie na przyszłość Jestem zadowolona ze swoich nowojorskich poczynań. Szkoda jednak, że zaraz po zakończeniu fashion weeku musiałam opuścić Amerykę...

SF NYFW uważany jest za najbardziej prestiżowy tydzień mody. Co, Twoim zdaniem, wpływa na ten prestiż?
Nell Uznaję to za jeden z większych sukcesów na dany moment. Hmmm... Na prestiż moim zdaniem wpływa u fundamentów opinia o USA i samym Nowym Yorku. Rozpatrzmy to w ten sposób – większość wielbi Amerykę, marzy o niej, zachwyca się nią. Wolnością i możliwością sukcesu. Ameryka została wykreowana na najwyższą światową półkę niemal pod każdym względem. Cokolwiek się więc nie stanie, opinia zawsze będzie ciągnęła ten kraj ku górze. Chociaż fakt faktem, nikt nigdzie na świecie nie osiągnął potęgi pod tyloma względami jak ten najpóźniej odkryty kontynent. Młodziutki zlepek stanów zawojował światem. Tam wymieszało się wiele kultur, wiele myśli, wiele pomysłów. Wszak nie od dzisiaj zdajemy sobie sprawę, iż żeby danie wyszło smakowite, musimy dodać więcej niż jeden składnik i tak się stało z Ameryką. Skoro tyle różnych nacji, tyle różnych punktów widzenia – jakże mogło być inaczej? Tzw. "Fabryka Marzeń", granice nie wytyczone przez jedno plemię, tylko przez różnych ludzi, którzy poszukiwali przez wieki swojej utopii. Tam ciągnęły tłumy i ciągną nadal. Skoro tyle darów skupiło się w jednym miejscu, tak różnych, a jednak z możliwością współgrania- nie dziwię się. Nowy Jork – symbol ludzkich pragnień skupiony w jednym miejscu. Największe firmy, koncerny, rodzimi projektanci – nie zmienią miejsca swojego sukcesu. Miejsca dającego tyle możliwości. Amerykanie kochają show, kochają cuda. Nic dziwnego, że ziarnko wyrasta tam na olbrzymią magiczną fasolę. Jeśli samo nie ma ku temu predyspozycji, komercja je zastąpi. To jest również najwyższa półka świata fashion. Jeśli żądamy konkretnej odpowiedzi na pytanie, dlaczego w stosunku do wyszczególnionego świata mody, musimy wczytać się w jego historię. Teraz my młodzi widzimy jedynie efekt zamierzchłych działań – czyli nagłaśnianą wszem i wobec wspaniałość. Fakt faktem, iż zbierają się tam najsławniejsi, najlepsi, a pokazy mają swoją renomę i własny styl. Atmosfera jaka jest kreowana przez samą świadomość "jestem tu, gdzie wszystko się zaczyna".
SF Jak wyglądają ulice w czasie tygodnia mody? Widziałaś te tłumy ludzi odzianych w cekiny, futra i niebotycznie wysokie obcasy?
Nell Tłumów nie widziałam, z pokazów ledwo pamiętam widownię. Widziałam zaś pojedyncze, bardzo indywidualne sztuki, które przychodziły odwiedzić projektanta za kulisami i rzeczywiście powiem, iż są to indywidua od a do z. Wszak przychodziłam na parę godzin przed pokazem – zwykle w pośpiechu. I wychodziłam, gdy było już po wszystkim – osoby te najpewniej uczestniczyły w bankiecie. Chociaż kiedy uczestniczyłam w prezentacji, to stojąc przez te 30 minut w jednym miejscu, mogłam poprzyglądać się ludziom, którzy nas fotografowali i przyglądali się prezentowanym przez nas kreacjom. Rzeczywiście, jest na czym zawiesić oko – u nas się takich ludzi nie spotka :)

SF W ilu pokazach brałaś udział?
Nell Uczestniczyłam w sumie w trzech pokazach. Miałam opcje na dwa więcej, jednak, nie wiem czemu, nie wzięłam w nich udziału - otrzymałam odpowiedź z agencji, że nie miałabym czasu, nie zdążyłabym na nie. Jako new face na nowojorskim rynku osiągnęłam bardzo dużo. Warto dodać, ze przyjechałam trochę na ostatnia chwile i zgubiłam kilka dni castingów.

SF Spotkałaś się z dawaniem ubrań modelkom w ramach podziękowania za pokaz?
Nell Tak, właśnie oczekuje moich kreacji i jestem ciekawa, kiedy dojdą, bo agencja obiecała wysłać mi je do Polski, a samo "uregulowanie" płatności miało nastąpić w przeciągu 3 tygodni – minął ponad miesiąc.

SF A imprezy? Chodziłaś na po pokazowe after party?
Nell Nie, jedynie byłam na imprezie witającej sezon FW, którą zrobiła moja agencja dla bliskich jej osób.

SF Miałaś czas na zwiedzanie?
Nell Mało, wstawałam rano i potrafiłam wrócić do mieszkania o 21, gdzie od razu usypiałam, jak padłam na kanapę.

SF Potem pojechałaś do Mediolanu. W międzyczasie był jeszcze londyński FW. Czemu nie pojechałaś do Londynu?
Nell Z tego, co słyszałam, londyński fashion week zazębia się z tym w Nowym Jorku, więc zapewne z racji tego, iż nie jestem wielką modelką, którą bookuja bez castingów, więc i moja szefowa stwierdziła, że lepiej będzie polecieć prosto do Mediolanu i tutaj znów "zgubiłam" dni castingowe, niestety.

SF Co robiłaś w Mediolanie?
Nell Latałam na castingi, zjadłam prawdziwą włoską pizzę, którą zalałam prawdziwą włoską oliwą z oliwek, kosztowałam przepyszne sery pleśniowe - mój numer jeden nazywał się w tłumaczeniu na polski "złota koza" – i rzuciłam się na włoską lodziarnię. Nigdy więcej pizzy z ketchupem i amerykańska wersja niestety nie umywa się do oryginału! Tutaj można rzec, iż prócz castingów miałam wakacje w pięknym mieście w słonecznym kraju (choć dopiero pod koniec).

SF Widzisz różnice między sposobem ubierania się ludzi w NY i Mediolanie?
Mediolan? Jest bardziej "zwykły" to taka rozkrzyczana Polska. Chociaz bardziej tolerancyjny i serdeczny na pewno. Jednak powiem jedno – mężczyźni wiedzą, co to elegancja. Mniej dostrzeżesz tam mężczyzn ubranych niedbale.
SF Miałaś okazję spotkać na ulicy kogoś znanego? (i nie myślę tu o "znanych" aktorkach serialowych)
Nell Nikogo znanego sobie nie przypominam – albo i nie wiem, że był znany, tudzież nie udało mi się twarzy z nikim skojarzyć z powodu moich braków w wiedzy. 

SF W ilu pokazach wzięłaś udział w Mediolanie?
Nell Nie brałam udziału w pokazach w Mediolanie – tam jednak wolą kobiety, a nie szczypiory . :) I nie miałam też najpewniej szczęścia.

SF Naprawdę? W Mediolanie zatrudnia się częściej modelki "plus size"?
Nell Plus size ? Nie w naszym rozumieniu na pewno. Są to po prostu dziewczyny w typie komercyjnym – śliczne, z biustem i pupą około 93cm, nadal szczupłe, ale nie w rozumieniu "modelki" – szczupłość kształtna i miła dla oka.

SF Myślisz, że "szczupłość kształtna i miła dla oka" przejdzie też do innych stolic mody, np. Paryża?
Nell Zależy, pod jakim względem. Paryż jednak jest bardzo rygorystyczny – sami Francuzi są przecież dla siebie. Ach te chudziutkie Francuzeczki, prawda? Im to się już tam dobrze zakorzeniło w kulturze, jest to twarda francuska estetyka. Nie jestem wróżbitą, nie wykreuję przeszłości, jedynie mogę rzec to, co mi się wydaje. Toteż mogą pojawić się panie "na plusie" sezonowo, w pogoni za modą "uszanujemy zdrowie i pokażemy, że dbamy o siebie nawzajem". Jednak jest to dobra sensacja i jeszcze lepsza promocja prawda? Wnioski nasuwają się same... Ciągle napływają nowe chudzinki, marzące o karierze mody. To się nigdy nie skończy - chyba, że WSZYSTKIE modelki z całego świata postawiłyby "weto" i przestały pracować – nieosiągalne.

SF Zaczęłyśmy rozmawiać o modelkach, ale odeszłyśmy od tematu Mediolanu. Co robiłaś, skoro nie brałaś udziału w pokazach?
Nell Wzięłam udział w sesji do edytorialu do magazynu internetowego Fiasco i Fart.

SF I...
Nell Włóczyłam się po ulicach, fotografując zakamarki, które wydały mi się interesujące

SF Potem był jeszcze paryski FW. Czemu nie pojechałaś do także do Paryża?
Nell Ponieważ włoska agencja nadal mnie trzymała i nie miałam aż do ostatniej chwili biletu powrotnego – tzn. nawet nie wiedziałam, na ile jestem we Włoszech. W dodatku muszę znaleźć jakąś agencje paryska

SF Teraz wróciłaś do Szczecina, niedługo znowu wyjeżdżasz - tym razem do Chin. Nie meczy Cię życie "na walizkach"?
Nell Jak to mówię – odpocznę na "emeryturze". Nawet gdybym zastanawiała się, czy mnie to męczy, czy ten fakt dałby mi coś innego miast zgorszenia życiem i następnego powodu do udręki? Staram się omijać takie rozmyślania. Chociaż chyba bez podróży w tym momencie już bym umarła. Stałam się takim trochę "dzieckiem świata" – to wciąga jak marynarzy morze. Znamy ich miłość prawda? Z opowieści naszych pisarzy...

SF A jak planujesz swoja przyszłość? Dalej myślisz o otworzeniu cukierni?;)
Nell Dalej! :D Tym razem w Ameryce – skoro Amerykanie tak kochają jeść, mała cukierenko-piekarnia- bar... Jednak ze smutkiem zdaję sobie sprawę, iż sama nie mogłabym wszystkiego robić. To jest największy minus tego pomysłu. Póki co marzenie jeszcze nieosiągalne i z tego powodu czysto szalone.

SF Mówiąc o modzie ulicznej NY, powiedziałaś, ze " u nas się takich ludzi nie spotka :) ". Jak duża jest modowa przepaść miedzy Polską a Zachodem?
Nell Nie wiem. Tak po prostu w Nowym Yorku wyczuwa się, iż jest to naturalne. Tu zaś, w Polsce są inne priorytety miast zabawy modą i wcale się zresztą nie dziwię.

SF Jak myślisz, czy uda nam się kiedyś ukierunkować polskiego konsumenta na modę z wyższej półki - tym samym podwyższyć jej poziom? (kiedyś - w nie tak bardzo odległej przyszłości).
Nell Najpierw trzeba zając się tym, aby Polak stał się prawdziwym konsumentem, trzeba się zając podstawami życia.
SF Co zrobiłabyś w tym celu?
Nell Szczerze powiedziawszy – nie wiem. Teraz przez lata zostało już tak nabałaganione, że jako jednostka nie mam absolutnie, żadnej idei poprawienia tego, czego uświadcza ogół. Jednakże jako jednostka mam swoje rozwiązanie – uciec stąd.;)

SF Dziękuję za rozmowę i życzę sukcesów w podboju świata mody (świata Vogue'a);)
Nell Jeszcze będę niczym kolekcjoner znaczków tj. Vogue’ow xD
    
    S       
Muine Magazine

Nylon Magazine

piątek, 24 lutego 2012

Jak się nie ubierać?

W swojej szafie koniecznie musisz mieć ołówkową spódnicę, perły, dobrze skrojone dżinsy… Do tego jeszcze elegancką koszulę. Musisz wiedzieć, że powinnaś nosić jasne „góry” i ciemne „doły” – twoje biodra będą wyglądać znakomicie! Raz na jakiś czas ktoś mądry przypomni Ci także, że bielizna na wierzchu to czyste faux pas. Wszelkiego rodzaju media zalewają nas zewsząd informacjami, mającymi na celu uświadomienie nas w modowych kwestiach - doradzą nam, jaki płaszcz wybrać na zimę, opowiedzą, co wydarzyło się sie na pokazach w Mediolanie lub nad czym obecnie pracuje Karl Lagerfeld.
Dział "moda' znajduje sie w niemal każdym portalu internetowym. Redaktorzy prześcigają sie w komentowaniu pokazów, trendów i stylizacji gwiazd, próbując udowodnić, ze w dzisiejszym świecie właściwie każdy zna się na modzie. Nie zgadzam sie z tym zupełnie, ale przyznaje, że w mediach można znaleźć naprawdę dużo materiałów (programów, blogów, portali...), które pokazują modę tym, którzy właściwie nie żyją od pokazu do pokazu.



Pierwszym skojarzeniem, po usłyszeniu słów "edukacja modowa", jest oczywiście program "Jak się nie ubierać?" prowadzony przez Trinny Woodall i Susannę Constantine. Cel jest prosty - z "brzydkiego kaczątka" trzeba zrobić pięknego łabędzia o smukłej szyi i lśniących piórach. Idea programu jest oczywiście bez zarzutu - jednak jego minusem jest niestety postawienie punktu kulminacyjnego na emocje. Ktoś powiedział mi kiedyś, że Trinny i Susannah są "wzruszające". Łzy? Proszę bardzo - płaczmy, że nasz brzuch wygląda jak po trzeciej ciąży, mimo ze mamy 19 lat; powód zawsze sie znajdzie, a okraszenie go łzami to przecież doskonały pomysł. Jednak gdyby tak przymknąć oko na wszechobecne łzy, można by dostrzec w tym programie cos więcej. Ciężko to opisać, ale widzę tu pewną nadzieję, którą T&S dają uczestniczkom programu. Pokazują, ze warto pójść do fryzjera, zadbać o siebie, wybrać nowe ubrania... Oczywiście zdaję sobie sprawę, ze program ten nie działa jak czarodziejska różdżka, za pociągnięciem której kaczątko zostaje do końca życia owym łabędziem, ale wydaje mi sie, że jest w nim dużo nadziei, swego rodzaju zachęty - by wyglądać dobrze, czuć sie dobrze, a stąd juz niedaleko do kolorowych ulic niczym z londyńskich blogów o modzie ulicznej.
Podobne zadanie do wykonania postawił sobie także Gok Wan. Jego programy dedykowane są szczególnie osobom o tzw. 'pełnych kształtach". Sam Gok mimo obecnego, wręcz anorektycznego, wyglądu w dzieciństwie zmagał się z otyłością, wiec doskonale rozumie osoby o podobnych problemach. Właściwie dwoi się i troi, by pokazać dziewczynom, 'jak dobrze wyglądać nago" (taki tytuł nosi prowadzony przez niego program). Trzeba przyznać, ze osiąga zamierzony cel. Przekonuje tez do ubrań z sieciówek, które po przerobieniu, spersonalizowaniu (to ostatnio 'najmodniejsze" słowo w modowym światku), ich mogą wyglądać lepiej niż te z metką znanych projektantów. Ludzie w programie wydaja się być równie zachwyceni jak fani przed telewizorami, którzy kupują Goka także w wersji książkowej.
Dotychczas wydawało mi się, ze nie należę do osób "podatnych" na kształtowanie gustu poprzez takie właśnie działania - jakoś nigdy nie sugerowałam się spisem trendów obowiązujących w danym sezonie, a na celebrytów i zdjęcia "z czerwonego dywanu' mam wręcz alergię. Jednak jakieś dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem odkryłam program, który uświadomił mi, ze jestem na to wszystko tak samo podatna jak każdy statystyczny człowiek. Obejrzałam wtedy 'J&J Fashion Show", program prowadzony przez dwie bloggerki - Jessikę Mercedes (Jemerced) i Juliett Kuczyńską (Maffashion). Jemerced to jedyny blog, na którym ominięcie posta byłoby dla mnie właściwie nie do pomyślenia, toteż z ciekawością zobaczyłam, jak Jessica radzi sobie "na szklanym ekranie'. Obejrzałam pierwszy odcinek i pomyślałam 'właściwie nic specjalnego', jednak obejrzałam też drugi, a potem już mnie "wciągnęło". Pierwszy raz pomyślałam o tym w czasie poświątecznych wyprzedaży, kiedy szukałam sukienki idealnej na sylwestra. Chodziłam po Zarze, przeglądając wieszaki z pogniecionymi ubraniami i uświadomiłam sobie, ze dziwnym trafem biorę pod uwagę pomysły Jessiki. Zazwyczaj byłam przeciwniczką błyskotek - kojarzyły mi sie z wielkimi, błyszczącymi kamieniami lub wisiorami z pierwsza litera imienia wysadzanymi cyrkoniami. Pierwszy raz spojrzałam przychylnym okiem na cekiny (tak wiem, przed sylwestrem jest to doprawdy baardzo odkrywcze!), które są właściwie podstawowym elementem stylu Jessiki. Ostatecznie zakupy skończyłam z klasyczną "małą czarną', ale tylko dlatego, ze cekinowa marynarka niestety nie trafiła na przecenę. Uważam jednak, że samo przymierzenie marynarki wyszywanej cekinami było w moim przypadku krokiem milowym ku zmianie upodobań.

Osobą dbającą o modową świadomość Polaków słuchających radia jest niewątpliwie Monika Jaruzelska prowadząca audycję "Szkoła stylu Moniki Jaruzelskiej" w Chilli Zet. Audycja ta polega na rozmowach z różnymi ludźmi polskiego świata mody (dotychczas gośćmi programu byli m.in. Joanna Bojańczyk - dziennikarka, Robert Kupisz - stylista fryzur, Tomasz Jacyków - stylista, Michał Komar - redaktor naczelny KMag). Z audycji tej nie dowiemy się sie niczego na temat kroju sukienek ani najmodniejszych materiałów. Należy też zwrócić uwagę, ze nie wszystkie odcinki w całości poświęcone są modzie, ale moda jest nieodłącznym elementem programu. W niektórych odcinkach zaproszeniu artyści opowiadają po prostu o własnej twórczości, promując w ten sposób siebie. W innych natomiast poruszane są tematy bezpośrednio związane z moda - przypomina mi sie odcinek poświęcony modzie haute couture (tzn. wysokiemu krawiectwu). Słuchałam go jakieś dwa lata temu, gdy moja wiedza o modzie była bardzo niewielka, jednak bardzo przyjemny i, przede wszystkim, przystępny sposób przedstawienia tematu zainteresował mnie programem i w ten właśnie sposób moja wiedza uległa poszerzeniu. Myślę, że jest to kolejny sposób, który skutecznie wpływa na modowa edukację Polaków.

Kolejnym ciekawym sposobem modowej edukacji jest także umieszczanie tekstów o tematyce modowej o około modowej w gazetach o tematyce ogólnej. Artykuły tego typu umieszczane są m.in. w Newsweeku i Rzeczpospolitej (także Uważam Rze). Z reguły są to teksty lekkie, żartobliwe - takie do czytania przy porannej kawie. Autorzy piszą o zjawiskach we współczesnej modzie, czasami wspominają o modowych tendencjach, częściej jednak opisują modę w kontekście wydarzeń kulturalnych i przedstawiają ją raczej jako dziedzinę sztuki niż fanaberię - właśnie taki pogląd powinien być podstawa w edukacji nieświadomego pokolenia. Ważnym elementem tekstów jest także wytykanie podstawowych błędów - łączenie skarpet z sandałami czy, wspomniane wyżej, noszenie bielizny na wierzchu - a także apelowanie o rozsadek w pogoni za modą. Charakterystycznym nurtem dla tekstów tego typu jest także promowanie polskich talentów sceny modowej. Właściwie każdy zna Macieja Zienia i Ewę Minge, ale kto słyszał o Karolinie Zmarlak czy Krzysztofie Stróżynie? Dwa ostatnie nazwiska promowane są tylko w nielicznych gazetach - dwa pierwsze także przy pomocy serwisów typu Pudelek. Pisanie o młodych talentach jest rzeczą konieczna. Za granicą Stróżyna występuje jako "projektant' (o którym pisze Vogue), w Polsce raczej jako "autor sukienki Moniki Brodki'. Tylko odpowiednia promocja w mediach jest w stanie zmienić te "etykietkę' na prawidłową.

Stan modowego uświadomienia społeczeństwa z roku na rok ma się coraz lepiej. Na ulicach coraz mniej w oczy rzuca sie plaga stereotypowych białych skarpetek. Wiadomo, naszym problemem dalej jest np. noszenie podróbek, ale podejmowane są działania, pokazujące, ze noszenie ich to czyste faux pas (przypomina mi się akcja organizowana przez Elle jakieś dwa lata temu - na łamach gazety pojawiły sie reportaże na ten temat). Nie ma się co łudzić, ze polska ulica w ciągu najbliższych kilku lat będzie wyglądać niczym nowojorska w czasie tygodnia mody. Wystarczy jednak spojrzeć w przeszłość, na chwilę przyjrzeć się teraźniejszości i porównać. Wydaje mi sie, ze gdyby nie np. "Twój Styl', który konsekwentnie od ponad dwudziestu lat dba o modowa świadomość Polaków, polska ulica wyglądałaby zupełnie inaczej. A na razie pozostaje nam wspierać inicjatywy tego rodzaju i czekać na plony, które zbierzemy juz za jakiś czas.

środa, 4 stycznia 2012

„Nie można być całe życie wieszakiem na ubrania”

Obraz modelingu przedstawiany w polskich mediach zaczyna, delikatnie mówiąc, coraz bardziej odbiegać od prawdy. Na lansowanie Anji Rubik w roli celebrytki można by właściwie przymknąć oko – media mają do tego skłonność, a zresztą jest to jedna z niewielu osób reprezentujących Polskę w świecie wysokiej mody; nie ma nic dziwnego w tym, że w rodzimych mediach promuje się „swoich”. O wiele gorzej sprawa wygląda w przypadku Top model i umiejętnie zaplanowanym wokół niego show, mieszającym w głowach dziewczynom zapatrzonym w Dżoanę i jej podopieczne. W celu obrony oblicza modelingu o wiele bardziej odpowiadającego prawdzie, przedstawiam historie trzech modelek ze szczecińskiej agencji MLStudio.

Celina, Krystof Strozyna wiosna/lato 2011

Pierwszą z nich jest Celina, której przygoda z modelingiem zaczęła się zupełnie przypadkowo, bo od wizyty u fryzjera. Miała 17 lat, gdy postanowiła w siebie zainwestować. Nie skończyło się jednak na zmianie fryzury. Po kilku miesiącach pan ten zadzwonił do niej i zaproponował współpracę. Umówili się na spotkanie, a następnie na sesję zdjęciową. Mimo że zdjęcia nie zostały nigdzie opublikowane (można je było oglądać jedynie na wernisażu), to właśnie dzięki nim poznała swoją obecną agentkę, panią Magdę Lipiejko. Po obejrzeniu zdjęć, pani Magda zadzwoniła do niej i zaproponowała spotkanie w swoim biurze. Na miejscu Celina została zmierzona, zważona, poddana ogólnej ocenie i przyjęta do agencji.
A jak wygląda początek pracy innych modelek? „Sądząc po tym, jakie dziewczyny angażuje Magda do modelingu, to są dziewczyny, które idą sobie ulicą, nie mają nic wspólnego z modą, w ogóle się tym nie interesują. I nagle Magda uznaje, że one są piękne, że mają takie ładne ciało. To nie są przebojowe dziewczyny, które dla modelingu mogłyby zrobić wszystko.” – opowiada Celina. Właśnie w taki schemat wpisuje się historia Natalii, znanej w agencji jako Nell. ‘Mój dziadek zawsze, kiedy byłam mała, mówił „ty jesteś wysoka, chuda, na pewno zostaniesz modelką”, a ja na to „nie, ja nie chce być głupią modelka, już prędzej zostanę koszykarką” – powiedziała mi Nell, kiedy siedziałyśmy razem w City Break. Jak została modelką? „Siedziałam wtedy w Galaxy z koleżanką i kolegami, pani Magda po prostu mnie zobaczyła. Podleciała do mnie jakaś kobieta. Wystraszyła mi wszystkich znajomych, rozpierzchli się jak przerażone kurczęta i jakaś pani nade mną stoi i wciska mi wizytówkę i coś mówi, i coś mówi, i coś mówi, a ja przerażenie w oczach.” Miała piętnaście lat, gdy zjawiła się u pani Magdy. Co prawda, za namową swojej mamy była już kiedyś w pewnej agencji modelek, ale nie zagrzała tam długo miejsca, gdy dowiedziała się o odpłatnym kursie. Właśnie w tym czasie pojawiła się pani Magda, a także jej pierwsze zlecenie – wyjazd do Barcelony.
Sytuacja podobnie wyglądała w przypadku Asi, kolejnej bohaterki tekstu. Miała mniej więcej dwanaście lat, kiedy po raz pierwszy pomyślała o tym, żeby zostać modelką. Brała wtedy udział w różnego rodzaju sesjach, za które agencje pobierały opłaty. Trzy lata później podpisała umowę z jedna z „pseudoagencji”, która jednak została rozwiązana za porozumieniem stron, ze względu na niedotrzymanie warunków umowy ze strony agencji. Zdjęcia modelki umieszczane były w internecie, na stronie agencji, jednak bez odpowiedniej promocji nie pomagało to Asi w znalezieniu pracy. Zdjęcia były publikowane także na maxmodels, gdzie zobaczyła je pani Magda. Asia została zaproszona na casting, spodobała się i w ramach pierwszego kontraktu wyjechała do Korei, było to na początku zeszłego roku.

Nell, Vogue Hellas czerwiec 2011

Odkąd dziewczyny pojawiły się w agencji, stale pracują i osiągają sukcesy. Wszystkie trzy wzięły udział w pokazie kolekcji Krzysztofa Stróżyny  towarzyszącym zeszłorocznej edycji szczecińskiego festiwalu inSPIRACJE. W przypadku Celiny zaowocowało to dalszą współpracą z projektantem przy tworzeniu lookbooka na sezon wiosna-lato 2011, a także przy robieniu zdjęć, będących zwiastunem jesiennej kolekcji. Jest to ogromny sukces ze względu na prestiż, na jakim Stróżyna cieszy się nie tylko w kraju, lecz także zagranicą (wszystkie pokazy jego kolekcji można było podziwiać na London Fashion Week, jednej z czterech najważniejszych imprez tego typu na świecie).
Na brak sukcesów nie narzeka także Nell, która w modelingu osiągnęła to, za co „miliony dziewczyn dałoby się zabić” – oprócz udziału w paryskim tygodniu mody do portfolio Natalii można wpisać także dwukrotną współpracę z Vogue’iem. Obie sesje (w greckiej i koreańskiej edycji magazynu) są sesjami beauty nastawionymi na prezentację biżuterii. W ostatnim czasie Nell miała okazję pracować także dla takich tytułów jak Elle Girl czy Nylon. Obecnie mieszka w Seulu, gdzie, jak sama przyznaje, pracuje przez siedem dni w tygodniu. Po powrocie do Polski czeka na nią praca dla szczecińskiego projektanta, Michała Marczewskiego.
Dzięki zagranicznym wyjazdom oferty pracy dostała także Asia, której największym osiągnięciem jest współpraca z Levis – zdjęcia promujące tegoroczną kolekcję jesienną można było na stronie levis.com. Oprócz tego Asia brała także udział w sesjach prezentujących suknie ślubne w Korei dla dwóch magazynów („My Wedding Magazine” i „Wedding21”), zdjęcia z Korei umożliwiły jej złożenie profesjonalnego booka. Asia była także we Francji, gdzie współpracowała z marką Miss Paris. Paryża nie wspomina jednak dobrze. Pracowała tam od rana do nocy, początkowo jeżdżąc metrem z castingu na casting, a następnie biorąc udział w różnego rodzaju sesjach zdjęciowych, nie dostając za to wysokiego wynagrodzenia. O wiele więcej przyjemności, a także korzyści przyniosła jej praca w Azji.

Mimo że dziewczyny odnoszą sukcesy, zupełnie nie widać po nich, by uważały się za kogoś lepszego ze względu na pracę, która wykonują. Żadna z nich nie domagała się ani nie domaga żadnych profitów płynących z tej sytuacji, a swoją pracę traktują raczej jak przygodę – możliwość podróży, poznania ciekawych ludzi i uzbieranie funduszy na dalsze życie. Przypomina mi to wypowiedz Twiggy, modelki będącej ikoną lat sześćdziesiątych, „nie można być całe życie wieszakiem na ubrania”. Z takiego właśnie założenia wychodzą dziewczyny, które miałam okazję poznać.
Celina obecnie jest na ostatnim roku studiów magisterskich na kierunku położniczym. Pracę modelki łączy ze studiami, a także pracą w szpitalu (jako położna). Od razu widać po niej, że bardzo lubi swoja pracę. W czasie naszej rozmowy opowiadała mi o zajęciach dla ciężarnych odbywających się w operze, organizacją których zajmowała się w ostatnim czasie. Zajęcia polegały na połączeniu tradycyjnej szkoły rodzenia z muzyką na żywo. „To wszystko robiliśmy po to, żeby pobudzić kobiety do działania, do tego, żeby wsłuchały się w siebie i do tego, żeby pogłębiły się więzy między nimi a ich dziećmi.”. Opowiadała także o swoim pomyśle wyjazdu jako wolontariuszka do Afryki, będącym planem na jej najbliższa przyszłość. „Świat jest piękny, niezależnie od tego, co się mówi i dzieje na około – świat jest naprawdę piękny, a ludzie są strasznie otwarci.”. Na pewno nie są to słowa wypowiadane przez stereotypową, zadufaną w sobie modelkę.
Do takiego wizerunku daleko także Natalii. Mimo że w dniu naszego spotkania widziałyśmy się po raz pierwszy, rozmawiałyśmy ponad dwie godziny, stale odchodząc od planowanego tematu rozmowy. Poznałam Evolyn von Cersival –
postać literacką, o której pisze Nell. Evolyn jest wampirzycą, choć Natalia zastrzega, iż fakt ten nie jest ani trochę związany z wszechobecnym kultem Cullenów, a powodem jej powstania były dość znaczące wydarzenia w życiu Natalii, kiedy wszystkie negatywne emocje włożyła właśnie w tę postać. Evolyn narodziła się w czasach wielkiej wędrówki ludów (IV-VI wiek; ludy barbarzyńskie masowo migrowały wtedy na terytorium Cesarstwa Rzymskiego), została nazwana przez Nell „dzieckiem świata”. „Będzie przez lata służyć wielkim monarchom i władcom jako wojownik doskonały” – opowiada o swojej postaci Nell. Na temat Evolyn powstają na razie fragmenty opowiadań publikowane w formie notatek na Facebooku i być może w przyszłości zostaną wydane w formie książkowej. Jednak jej wymarzona przyszłość dotyczy raczej założenia własnej cukierni. Dosyć nietypowo jak na stereotypową modelkę, która podobno w ramach posiłku listek sałaty popija wodą.
O przyszłości nie zapomina także Asia, obecnie studentka pierwszego roku kosmetologii. Nie zamierza jednak spędzić swojego życia jako osiedlowa kosmetyczka – po skończeniu studiów będzie mogła uczestniczyć w wykonywaniu różnego rodzaju zabiegów z dziedziny dermatologii bądź chirurgii plastycznej. Jednak w przyszłym roku zamierza startować na farmację bądź stomatologię. Jest świadoma tego, ze studia te nie należą do najłatwiejszych, jednak nie zamierza się poddać – wytrwałość jest niezbędnym elementem układanki tworzącej postać modelki.

Asia, Levis jesień/zima 2010

Rozmawiając o stereotypach dotyczących modelingu, nie mogłyśmy nie wspomnieć o Top model. „Big Brother wersja fashion – w jednym domu zamykają kilka osób, a my je podglądamy” – o programie mówi Nell. Wytyka też błędy dotyczące na przykład jury – nie sposób nie zgodzić się, że przewodnicząca jury nie jest modelką „z najwyższej półki”, a raczej modelką czysto komercyjną. Natomiast, wedle założeń programu, zwyciężczyni powinna być raczej na miarę pierwszej piątki rankingu models.com. „Umarłabym chyba ze wstydu, gdybym miała wejść na ten wybieg, przed jury – zdjąć stanik albo dać się pomacać Wolińskiemu...”- Asia wydaje się być tym po prostu zniesmaczona. Nie ma co kryć – jest to program nastawiony na emocje; niekoniecznie te prawdziwe, raczej na „krzyczące”, rzucające się w oczy, zapewniające oglądalność. Specyficzny sposób mówienia Dżoany, wzbudzający emocje już od początku programu, niezbyt kulturalny sposób oceny modelek (np. nazwanie jednej z modelek „wielorybem”) i chyba najbardziej denerwujące z tego wszystkiego – płacz. Płacz wszechobecny, przytłaczający, powodujący tysiące komentarzy w internecie, a także powstanie grup na Facebooku (np. „Ja mogę zapozować bardzo ładnie, bardzo się spodoba.”, „Aniu, proszę cię, wyjdź”).

Tekst powstał z myślą o osobach, które uporczywie gonią za modelingiem – za wszelka cenę, czasami mimo braku predyspozycji (próbując wcisnąć się w wymarzony rozmiar 0, zaczynają stosować rozmaite diety i niszczą sobie przez to zdrowie) i wierzą, że bycie modelką rozwiąże ich wszystkie problemy. Nie zamierzam całkowicie zaprzeczać, że jest to zawód piękny, dający możliwości poznania ciekawych ludzi – poznane przeze mnie dziewczyny naprawdę lubią swoją pracę. Nie należy zapominać jednak o drugiej stronie medalu, którą dość krytycznie (lecz chyba niestety prawdziwie) opisuje książka „Fashion Babylon” - "możesz być wygłodzona, pijana i na haju, mieć wątrobę 60-letniego pijaka, ale dopóki umiesz przejść się po wybiegu i wyglądasz bajecznie – kogo to obchodzi?".
Oglądajmy więc Top model z przymrużeniem oka (bądź wcale) i nie traktujmy tego jako wyroczni, a do kwestii modelingu podchodźmy raczej z odrobiną krytycyzmu i przede wszystkim zdrowego rozsądku.