Raz na jakiś czas bierze mnie na poważne rozmyślania. Nie obyło się i dzisiaj w czasie prawie dziesięciogodzinnej jazdy samochodem, kiedy to do czytania miałam tylko „Glamoura”. Od kilku miesięcy zarzekam się, że w życiu już 4,99zł na tę gazetę nie wydam, ale kupowałam ją co miesiąc, cierpiąc na ciężkie uzależnienie od modowej prasy.
Wrócę jednak do moich rozmyślań w czasie lektury – obok mnie na siedzeniu leżała Grazia i jakoś tak przyszło mi do głowy, że niedługo ma się ukazać w Polsce nasza edycja Harper's Bazaar; od razu pomyślałam też o polskim Vogue’u (swoje żale w tym temacie wylałam już jakiś miesiąc temu), o którym słyszę już od dawna i nieśmiało powiem, że ja też mam marzenie – chciałabym czytać polską edycję Maxi Magazine (kupowałabym i co dwa tygodnie! podobno niektóre gazety modowe w Chinach wychodzą tak często).
Już wyjaśniam, jeżeli ktoś nie zna – Maxi to gazeta lifestyle’owa (o stylu życia – jakoś tak dziwnie to brzmi), ale stosunek treści modowej do tej niemodowej bywa czasami większy niż w wielu gazetach teoretycznie poświęconych modzie; znam tylko wersję niemiecką (oprócz tego ukazuje się jeszcze m.in. we Francji i w Serbii) i jest po prostu fenomenalna!
W gazecie podoba mi się niemal wszystko (a obiektywnie raczej do niczego przyczepić się nie można), począwszy od okładki – wszystkie gazety piszą, jak to powinno się umieć doceniać siebie, nie zważać na wszelkie niedoskonałości, by później na okładce sprezentować nam kolejną celebrytkę o idealnych ustach i metrowych rzęsach; tym razem na okładce widać przede wszystkim uśmiech bardzo ładnej dziewczyny, po chwili przenoszę spojrzenie na jej zęby – są bardzo białe, ale jedynki zostawiają, powiedzmy, wiele do życzenia. I co z tego? Uśmiech jest tak ładny, że chyba własnie ten brak doskonałości dodaje mu jeszcze większego uroku.
Otwieram gazetę i już na jedenastej stronie zatrzymuję się na dłużej – czytam o kobiecie, która robi ubrania z mleka (to tak w dużym skrócie). Ubrania projektowane przez Anne Domaske były początkowo tworzone dla jej teścia chorego na białaczkę – jego skóra nie tolerowała chemicznych barwników, nosił więc ubrania z mleka (początkowo wytwarzany jest suchy „twaróg”, później proszek, a następnie gotowe już nici – wszystko bez dodatku chemikaliów).
Później mamy kilka stron „głupot” – czytamy o możliwości noszenia spódnic (strony ilustrowane są zdjęciami zwykłych, stylowych kobiet „z ulicy”. aż można zapomnieć, ze istnieją celebryci!), następnie krótki a la reportaż o tym, co ludzie z zagranicy myślą o Niemcach (+takie-ładne-zdjęcia-że-miałam-przez-chwilę-otwartą-buzię). Na stronie 34 mamy tekst o hipsterach – podoba mi się lekki język i przyjemne dla oka ilustracje, na 37 „Marlboro Leid” – w czasie mody na niepalenie dostajemy tekst redagowany od innej strony niż mądry lekarz przedstawiający wszystkie potencjalne nowotwory, całkiem miło się czyta ze względu na styl autorki podobny do „gadaniny” Białoszewskiego. Zanim dojdziemy do stron o modzie, mijamy jeszcze ze trzy teksty (bardziej porywające niż te wszystkie reportaże, od których aż kipi w polskiej prasie).
Strona 44 – przegląd trendów. Na początku wzdrygnęłam się, widząc pastele – fala m.in. miętowego ogarnęła już wszystko. Manikiurzystka zachęcała mnie parę dni temu do pomalowania mi paznokci takim lakierem, sugerując jego status must-have’u:/. Przewróciłam jednak stronę dalej, by zrobić minę jak Cassie ze Skinsów „O, WOW! LOVELY!” – przegląd trendu pastelowego połączony z przepisami na ciasta w tym samym kolorze. Mamy więc piękne zrobiony sernik jagodowy w zestawieniu z sylwetka z pokazu Diora, brzoskwiniowo-jogurtowy tort + Jil Sander i malinowo-twarogowe marzenie + Chloé.
W dalszym przeglądzie trendów wzory retro (coraz bardziej przekonuję się do kapeluszy od LV), trend zilustrowany dodatkowo sesję zdjęciową (i teraz muszę się przyczepić. bardzo nie podobają mi się zdjęcia pięknych, zadbanych modelek, robione w jakichś egzotycznych krajach, w towarzystwie miejscowych ludzi – nie bardzo wiem, co to ma pokazać. te modelki wyglądają na dużo ładniejsze i w pewien sposób lepsze, że aż dziwnie mi się na taki kontrast patrzy, bo przecież nie są).
Na następnej stronie sugeruje się nam noszenie „ostrych cięć, ciemnych materiałów i szlachetnych tkanin”; są jeszcze małe torebki, swetry robione na drutach i kolejna sesja „Ciao bella” (mimo dosyć nieoryginalnego tytułu w interesujący dość stosów przedstawia wcześniej wymienione trendy z perspektywy włoskich projektantów, z Włochami w tle oczywiście).
Potem mamy dział BEAUTY i tekst o fryzurach dopasowanych do kształtu twarzy – nigdy nie wykrzesałam z siebie tyle energii, by zobaczyć, jaki mam kształt twarzy, ale w wersji dla ambitnych można się pewnie czegoś dowiedzieć; dalej mijamy test, który z pewnością pomoże nam dobrać idealna maseczkę do twarzy i przechodzimy do makijażu – doceniam ładne zdjęcia i opis bez podniecenia-a-la-mam-dwanaście-lat. W dziale BEAUTY podoba mi się także tekst o czterech niezbyt aktywnych ludziach, którzy próbują ćwiczeń – tekst ma bardzo pozytywny wydźwięk, nie wyczytałam nigdzie zapewnień o liczbie straconych kilogramów w czasie ich trwania, czytam raczej o radości, którą daje aktywność fizyczna.
Reszta gazety raczej nie jest poświęcona modzie – czytamy tekst Idy Müller o tym, że singielki dbają o siebie zdecydowanie bardziej niż kobiety w związkach (+ dosyć smutna statystyka), kilka stron poświęconych jest po prostu lubieniu siebie – niemiecka prasa ma chyba jeszcze większą obsesje na tym punkcie niż polska; jednym z zabawniejszych tekstów jest ten o fenomenie przyjaźni damsko-męskiej w odniesieniu do „Kiedy Harry poznał Sally”.
Kończymy działem kulturalnym, raczej klasycznie, ale już pierwszy tekst wydaje mi się w pewien sposób fajny – „Kultur für Coole”, czyli jak w niecodzienny sposób spędzić wieczór.
Później już raczej bez szału – na co pójść do kina, jaką książkę kupić, jaką roślinę posadzić w ogrodzie (to z gatunku tych bardziej osobliwych); jest tekst o podróżach (w sumie nie wiem, po co szpikują tym te gazety), kilka letnich przepisów, a na końcu dział WOHNEN, czyli wizyta u Desi Litis – nie mam pojęcia, kim jest ta pani, ale trzeba być kimś niesamowitym, żeby postawić na stole gigantyczną zlewkę;p
.jpg)




.jpg)



.jpg)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz