piątek, 7 października 2011

Wywiad z panią Joanną Bojańczyk

W sposób bezkompromisowy i bardzo dla siebie charakterystyczny pisze dla Rzeczypospolitej i „Twojego Stylu”, dla tego ostatniego właściwie od początku. „Kiedy przyszłam do Twojego stylu na samym początku jego istnienia, jesienią 1990 roku, Krystyna Kaszuba zaproponowała mi poprowadzenie działu mody." Bo ty się dobrze ubierasz i jeździsz często do Francji". I tak zostało.:-))” – powiedziała w czasie wywiadu. W trakcie tych ponad dwudziestu lat poznała między innymi Sonię Rykiel czy Christiana Lacroix, a na początku lat siedemdziesiątych także Coco Chanel. W rozmowie ze mną opowiada o powiązaniach mody i sztuki, a także o roli pieniędzy i komercji w świecie mody,

Sonia Fogg: Czy istnieje jeszcze moda jako sztuka – bez cienia komercji? Coraz częściej słyszy się o upadku ludzi, którzy tworzyli modę opisywaną przez opinię publicznym jako „sztuka”. Czy taka moda ma jeszcze rację bytu?
Joanna Bojańczyk: Istnieje mały zakątek haute couture, gdzie praktykuje się krawiectwo wysokich lotów. Trudno to nazwać modą - to raczej krawiectwo w dawnym stylu. Ale jest ono komercją jak najbardziej- służy jako pas transmisyjny, reklama dla pret-a-porter. Myślę, że dzisiaj nie ma mody -sztuki w całkowicie czystej postaci. Bo moda to ubrania, a one zawsze spełniały funcję użytkową. Mogą ocierać się o sztukę, być całkowicie „sztuką” - nie sądzę. Ale gdy oglądałam wystawę Alexandera McQueena w Metropolitan Museum w Nowym Jorku ,albo w Paryżu wystawę o dekadzie lat 90 w modzie, mam wrażenie, że wiele obiektów można zakwalifikować do kategorii artystycznej. Jednak pamiętajmy, że one także przeznaczone są na sprzedaż. Leonardo da Vinci i Vermeer też malowali dla pieniędzy.

SF: Świat mody przepełniony jest celebrytami; także takimi, którzy właściwie znani są z tego, że są znani. Jednak ich twarze na okładce magazynu czy obecność na pokazie gwarantuje wyższą sprzedaż. Jak wyjaśnić ten fenomen?
JB: Moda stała się tak skomplikowana, tak obszerna, a jej presja tak wielka, że ludzie są nią zmęczeni. Szukają prostych wzorów. A te proste wzory dają właśnie tzw. gwiazdy. "Patrz na nich, oni są bogaci, piękni i szczęśliwi. Bądź taka jak one, oni, a zdobędziesz to samo". To jest prosty przekaz, a jak działa, widać po liczbie pism o gwiazdach na rynku.

SF: Czy widzi Pani jakąś możliwość "uproszczenia" mody? Co można zrobić, aby zapobiec kultowi celebrytów?
JB: Musiałby chyba nastąpić jakiś krach gospodarczy i krach idei. Bo na razie wydaje mi się, że ta machina jest w stanie rozpędzenia takiego, że nie zdoła wyhamować...

SF: Jedną z ważniejszych tendencji jest obecnie także kult „plus size”. Nawet projektanci, którzy dotychczas otwarcie krytykowali modelki noszące większe rozmiary, nagle wykonali zwrot o 180 stopni i bardzo chętnie zatrudniają je w swoich pokazach. Podobnie jak styliści, tworzący sesje zdjęciowe. Czy to aby nie jest dowód na „prawdziwość” mody?
JB: Eee tam, proszę w to nie wierzyć. Size plus to fikcja! Robią to tylko po to, żeby zamaskować istotę rzeczy. Raz wystawią jakąś grubszą modelkę i mogą mówić, że są poprawni. A naprawdę żadna modelka w rozmiarze powyżej 0 nie ma szans na zatrudnienie na poważnych wybiegach. Luksusowe firmy w ogóle nie szyją ubrań powyżej rozmiaru 40.

SF: Popularnym zjawiskiem, mającym na celu rozpowszechnienie mody, jest też ostatnio nawiązywanie współpracy projektantów z sieciami sklepów dostępnych dla szerszego grona klientów. Duże emocje na forach internetowych wzbudzają zawsze limitowane kolekcje H&M robione we współpracy ze znanymi markami oferującymi odzież luksusową na przykład Lanvin, Stella McCartney, czy oczekiwana kolekcja Versace. Projektanci sprzedają tez artykuły niezwiązane z modą – Marc Jacobs otwiera sklepy „Bookmarc”, Vera Wang sygnuje swoim nazwiskiem kwiaty, a Dolce&Gabbana między innymi meble. Co myśli Pani o tym zjawisku?
JB:  Mamy do czynienia ze zjawiskiem zacierania się granic między modą wysoką i niską. Następuje to w sferze, że tak powiem, realnej, bo jak widzimy Lagrefeld, Stella McCartney fatygują się do sieciówek, gdzie sprzedają swoje kolekcje gorzej uszyte, z tańszych materiałów, bez otoczki luksusowych sklepów, ale za to tańsze, tzw. „demokratyczne”. Sami lubią używać tego słowa, że tak niby zniżają się do ludu. Ale w gruncie rzeczy te popularne kolekcje działają jako reklama dla ich drogich kolekcji, które i tak sprzedają w superluksusowych butikach, gdzie marża wynosi kilkaset procent i gdzie przychodzi trzech klientów dziennie. Dzisiaj najcenniejszym dobrem marketingu jest marka – jak się ma markę, można sprzedać wszystko – ci, co mieli ubrania, sprzedają perfumy, potem, meble, potem armaturę do łazienek (Maciej Zień). A ci, co robili armaturę, zrobią kolekcję sukienek, albo perfum. Tak działa kapitalizm.

SF: W różnego rodzaju gazetach prezentuje się akcje typu „więcej klasy za mniej kasy”, polegające między innymi na przerabianiu starych ubrań i wyszukiwaniu „perełek” we wszelakich second handach. Traktuje się to bardziej jako oszczędność pieniędzy czy interpretację modnego już od pewnego czasu nurtu „vintage”?
JB: Vintage powstał jako spontaniczny ruch, odpowiedź na zmęczenie trendami, wyraz tęsknoty za przeszłością, kiedy „wszystko było lepsze”. Ale zaraz sprytnie przechwycił to kapitalizm i wykorzystał marketingowo, żeby produkować nowe rzeczy w stylu „vintage”. To przecież cały styl w modzie i designie – przerabianie, interpretowanie starego. Jeśli chodzi o second handy, to wyrażają one najsilniejszy dzisiaj trend w modzie – indywidualizm. Bo w sklepach z używanymi rzeczami ma być pozornie ma być co innego, niż w sieciówkach. Coś cennego. Z mojego oglądu wynika, że można tam znaleźć to, co było w sieciówkach, tylko pięć lat temu. Nie mam wielkiej wiary w to, że w naszych second handach da się upolować perły. Być może, czasem, ale trzeba poświęcić na to dużo czasu i wysiłku. Można liczyć najwyżej na rzeczy z lat 80 i 90, wielkoprzemysłowe, masowe, zrzuty z Niemiec, Anglii. W Warszawie na Puławskiej pewien second hand reklamuje się, że ma rzeczy firmy „Primark”. A Primark, to najtańsze ubrania w Anglii, Tshirty po dwa funty, sklep dla najbiedniejszych.
Wiara, że w sh znajdzie się Diora z lat 50 jest całkowicie nieuzasadniona. Wszystko, co cenne, zostało z nich dawno odcedzone. Ubrania z odzysku to przemysł, który działa profesjonalnie. Cenne rzeczy idą gdzie indziej. Niedawno widziałam w pewnym sh w Paryżu kolekcję małych czarnych vintage. Najtańsza kosztowała 1000 euro. A sklep znajdował się przy Palais Royal, jednym z najdroższych, najelegantszych miejsc Paryża.

sobota, 30 kwietnia 2011

Trendy

/tekst pisałam pod koniec lutego/

Trendy. Wszechobecne filary, na których opiera się moda? Nieugięte i bezwzględne? Nie, to chyba nie ta epoka. Więc… czym właściwie są trendy? W czasach haute couture, gdy modę dyktowało zaledwie kilku projektantów, a nawet trochę później, kiedy środowisko modowe nie było tak rozlegle, trendy były widoczne na pierwszy rzut oka. W latach pięćdziesiątych noszono rozkloszowane spódnice, w latach sześćdziesiątych „lennonki”, a dekadę później sukienki w stylu „hippie”… A co jest „modne” w XXI wieku? To, co widać „na ulicy”, na wybiegu czy w Vogue’u?

Nadchodzi marzec i mimo że pokazy odbywały się już we wrześniu poprzedniego roku, dla większości śmiertelników sezon wiosenny dopiero się zaczyna. Towarzyszy temu dynamiczna zmiana zaokiennej temperatury, a także rozkładówki dołączone do magazynów o modzie, informujące nas o trendach i tendencjach nadchodzącego sezonu. 
Tak więc czytam, że „hitem sezonu” jest pomarańcz. Oprócz tego długie sukienki w tzw. „łączkę”, skórzane kurtki, „kocie” okulary, frędzle od rana do wieczora… Znowu okaże się, że moje życie nie będzie miało sensu, jeżeli nie kupię skórzanego T-shirtu (tak było w zeszłym roku, kiedy to owy T-shirt pojawił się na liście absolutnych must-have sezonu według Elle). Nie sprawię sobie niczego pomarańczowego, tak samo jak w zeszłym roku nie kupiłam niczego z kokardką (która także zajmowała dośc wysokie miejsce na liście must-have sezonu). Po prostu nie interesują mnie najnowsze trendy. Odnoszę wrażenie, że mogę być przez to uznana za „tę gorszą”, skoro we wszystkich gazetach zajmujących się modą (zaczynając od Vogue’a, poprzez Elle i Glamour, aż do Avanti czy Hot) podstawą są trendy. Zjawisko, którym całkiem na poważnie zajmują się tak zwani „fairy trends”, przyjmuje postać czegoś pospolicie wszechobecnego.
Jak (czysto obiektywnie) stwierdzić, co w danym sezonie jest modne, a co nie? Oficjalnie istnieją cztery stolice mody (Nowy Jork, Londyn, Paryż, Mediolan), ale równie oficjalnie tygodnie mody odbywają się nie tylko tam (przykładem może być chociażby Łódź i FashionPhilosophy Fashion Week Poland). Tysiące projektantów,  tysiące kolekcji i jeszcze więcej fasonów. Wyłowienie trendów jest w tej sytuacji rzeczą niewykonalną. Patrzy się więc na to, co założą ludzie z pierw-szych stron gazet. Rzeczy w podobnym stylu zamawia się do sesji i prezentuje światu jako trendy przez wielkie „t”
Jednym z przykładów jest tak zwany trend „bunny ears”, który do świata wielkiej mody wszedł mniej więcej dwa lata temu, kiedy to wystąpił w roli tematu przewodniego jesienno-zimowej kolekcji Louis Vuitton. Modelki ubrane w stylu wykwintnej paryżanki z opaskami imitującymi królicze uszy prezentowały światu nowy trend. Jakiś czas później Madonna pojawiła się na gali Organizowanej przez Metropolitan Museum ubrana od stóp do głów w rzeczy z metką Louis Vuitton, na głowie miała oczywiście tę słynną opaskę. Niedługo potem na okładce rosyjskiego wy-dania magazynu Vogue ukazała się Natalia Vodianova w różowej bieliźnie i kolorystycznie dopasowanej opasce od Louis Vuitton. Bunny ears zagościły także na łamach takich gazet jak Flare czy Neo2. Trend ten lasowały także inne celebrytki, między innymi Lily Allen, Lady Gaga i Ash-ley Olsen (w Polsce - Doda). Pojawiły się tańsze kopie w sklepach sieciowych (H&M, TopShop, Tally Weijl). Królicze uszy pełna parą wkroczyły także na ulice w postaci futrzanych czap, noszonych przez ośmiolatki (niektóre wersje miały nawet ogony!). Tak sytuacja wyglądała w zeszłym roku, jednak widocznie dzieciom spodobała się zabawa w królicze stada, bo w tym roku noszą dokładnie te same czapki.  
Przyglądając się temu wszystkiemu, wydaję mi się to po prostu głupie. Ale trendów nie można obejść. Nie pomaga temu nawet fakt, że na dobrą sprawę w dzisiejszym świecie nie mają one racji bytu.  Oprócz gazet istnieją także „sieciówki” pełne „inspiracji” z wybiegów. Czyli znowu trendy. Prowadzi to do uniwersalizmu na skalę światową – wielkie metropolie tracą swój niepowtarzalny styl, a na ulicy zamiast Francuzki w bereciku, czy Brytyjki w trenczu Burberry możemy spotkać co najwyżej „swoje” ubrania.

poniedziałek, 14 lutego 2011

Alicja inspiruje…


A z resztą nie tylko Alicja. Myszka Mickey, Zła Królowa z bajki o Królewnie Śnieżce, Urszula (ta, która zabrała Arielce głos), Cruella DeMon… Nawet Hannah Montana wtargnęła już do naszej świadomości, spoglądając na nas z każdego możliwego produktu spożywczego, drogeryjnego czy odzieżowego. Jest to całkiem zrozumiałe ze względu na miliony ośmioletnich fanów tej utalentowanej wokalistki, ale zjawisko to, po piórnikach i kolorowankach, za swój cel przyjmuje modę. I o ile Hannah nikt nie traktuje do końca poważnie, to taka na przykład Królewna Śnieżka całkiem już na poważnie gości na T-shircie z najnowszej kolekcji D&G. 

Jednak na zaszczytne pierwsze miejsce dla najbardziej zasłużonej bajkowej postaci dla świata mody zasługuje z całą pewnością Alicja z Krainy Czarów. Już w roku 2003 jej potencjał dostrzegła Annie Leibovitz prezentując sesję zdjęciową dla amerykańskiego Vogue’a, w roli głównej z Alicją oczywiście. Przed obiektywem stanęła 21-letnia Natalia Vodianova. Świetnie sprawdziła się jako przestraszona dziewczyna o niebieskich, niewinnych oczach. Sześć lat później pojawił się lookbook jesienno-zimowej kolekcji Stelli McCartney, w którym modelka (Sigrid Agren) występuje na tle postaci z animowanego filmu „Bambi”. Jednak prawdziwy „szał” na „disneyowskie” filmy, a w szczególności na Alicję, przypada na rok 2010, kiedy to w kinie pojawiła się kinowa ekranizacja przygód Alicji w reżyserii Tima Burtona. Nie skończyło się na typowych gadżetach towarzyszących premierom najbardziej oczekiwanych filmów. Nagle inspirowanie się Alicją stało się po prostu modne. Stella McCartney zaprojektowała biżuterię do filmu, a niedługo po tym Tom Binns kolekcję „inspirowaną filmową adaptacją książki”. Na tej samej zasadzie powstała kolekcja, tym razem sukni wieczorowych i koktajlowych, Sue Wong  Pojawiła się także „Alicja dla mas” w postaci kolekcji dla „sieciówek”, są to między innymi: kolekcja bielizny Oysho, Forever 21, a nawet Reserved (wszystkie trzy pełne bardziej lub mniej oczywistych nawiązań do wspomnianego utworu). Nie obyło się także bez promocji w świecie kosmetyków – lakiery OPI, paleta do makijażu Urban Decay czy kosmetyki i akcesoria do makijażu Paul&Joe. Można by tak wymienić jeszcze kilka przykładów, na pewno trochę by się uzbierało, ale może lepiej zastanowić by się, dlaczego właściwie tak się dzieje?

Dlaczego „wysoka moda” na fali tej „sieciówkowej” tendencji na filmowe inspiracje przejmuje je, nie zważając na pewną dozę infantylności, jaką niesie ze sobą to zjawisko? Bo przecież oczywistą rzeczą jest fakt, że nie jest to moda dla wszystkich. Jednak pokolenie gwiazdek Disney’a pociągnęło za sobą pewną pobłażliwość w stosunku do tego zjawiska. Nie jest dobrze, ale przypuszczam, że niedługo z ulic znikną kopie Hannah Montana, Alicja po prostu „się przeje’, a zjawisko to będzie występowało jedynie w takiej postaci jak u Jeana-Charlesa de Castelbajac, czyli jako sztuka z prawdziwego zdarzenia.

środa, 2 lutego 2011

„Wypadło mi szkiełko z okularów „z Szanel””, czyli podróbki na ocenzurowanym

„Wypadło mi szkiełko z okularów „z Szanel”” – takimi oto słowami zostałam uraczona kiedyś, siedząc na schodach przed szkołą, przez dziewczynę trzymającą w ręku okulary z rzucającym się w oczy logo, utworzonym z połączenie zazębiających się liter „c”. Z daleka widać było, że owe okulary „z Szanel” nawet obok Chanel nie leżały. Z jakiegoś jednak powodu dziewczyna ta zdecydowała się na ich zakup. Tak samo jak wielu innych ludzi kupujących ubrania „z Diora”, „z Louisa Vuittona” czy „z Gucciego”. Dlaczego więc tak się dzieje? Czy kultura wszechobecnego lansu rozgrzesza udział w przestępstwie?

Zapytałam o to kilka osób. W odpowiedzi słyszałam tylko, że każdy chce mieć coś markowego, ale nie każdego na to stać. A co z szeroko rozumianym pojęciem luksusu? Przecież chodzi w tym właśnie o to, że nie każdy może go zakosztować. To raczej coś nieuchwytnego – cząstka duszy projektanta i rzemieślnika, wykonującego produkt. Czy to samo zawiera słabej jakości produkt, wyprodukowany w Chinach? Moim zdaniem nie, ale okazuje się, że wielu osobom to odpowiada. Wystarczy przejść się po Manhattanie (chociażby tym szczecińskim), aby z bliska obejrzeć podrabiane torebki z logo LV czy Prady, bądź perfumy we flakonach stylizowanych na oryginalne z rzucającymi się w oczy nazwami znanych marek. A skoro jest popyt, jest i podaż. Bo konsumenci nie kupują luksusowych markowych produktów dla nich samych, lecz dla wartości, które reprezentują. Dlatego właśnie najczęściej podrabia się produkty powszechnie znanych marek, kojarzących się z prestiżem. Torby Louis Vuitton i Fendi, apaszki Hermès, buty Adidas i Nike czy zegarki Rolex to najczęściej podrabiane produkty na świecie, które nieświadomym konsumentom dają poczucie mylnego, chwilowego luksusu.

Nie jest to oczywiście zjawisko nowe. Sygnowanie produktów (chociażby w postaci stempli i pieczęci) występowało już w starożytnych cywilizacjach. W średniowieczu cechy rzemieślnicze miały własne stemple, a indywidualni rzemieślnicy podpisywali swoje produkty (obecnie także podpisuje się artykuły wykonywane ręcznie, np. torbę Birkin od Hermès). Wraz z rozwojem przemysłu nastąpił także rozwój tzw. piractwa. Pojawiły się pierwsze biura patentowe, które broniły praw patentowych. Pierwszy w historii patent został udzielony przez króla Henryka VI w połowie XV wieku i dotyczył on sposobu produkcji szkła witrażowego. Ustawą obowiązującą obecnie jest tzw. prawo własności przemysłowej, któremu podlega również branża modowa. Prawo to nie zostało jeszcze ujednolicone i jego treść zależy od państwa, w którym się znajdujemy. Na przykład we Francji za posiadanie podrobionego towaru grozi mandat w wysokości trzystu tysięcy euro bądź trzy lata więzienia, we Włoszech kara pieniężna wynosi dziesięć tysięcy euro, a w Polsce za to samo przewinienie grozi kara pieniężna (w ustawie nie została wyszczególniona kwota) bądź dwa lata więzienia. Mimo tak wysokich kar handel podróbkami żyje swoim życiem, a konsumenci nie są świadomi konsekwencji swojego wyboru. Nie chodzi tu nawet o straty finansowe i obniżenie wizerunku. Przeważnie winy nie ponoszą ludzie, którzy prowadzą bezpośrednią sprzedaż, ale gangi i organizacje terrorystyczne, które tę sprzedaż organizują. Podobno wydarzenia z 11. września zostały sfinansowane ze sprzedaży podrabianych towarów. Podróbki nie należą do „etycznych” produktów także z drugiego powodu – chodzi oczywiście o wyzysk pracowników w krajach Trzeciego Świata, bo w celu obniżenia kosztów produkcja odbywa się najczęściej właśnie tam. Inną sprawą jest fakt, że posiadanie podróbki to po prostu zwykły wstyd.

Wykorzystując głupotę konsumentów, obok zwykłych, oczywistych podróbek powstała także druga grupa. Są to towary stylizowane na oryginał, ale z rzucającymi się w oczy różnicami. Na przykład okulary z logo OC zamiast CC, bądź torebka z monogramem Canvas, ale litery LV oryginalnie wpisane w ten monogram, zastąpione są jakimkolwiek symbolem. Okazuje się jednak, że jest to jak najbardziej zgodne z prawem i nieważne, że w efekcie dziwnym trafem połówka „o” zostaje odklejona i prezentowana zdezorientowanej klientce jako „najprawdziwszy oryginał”. Przykre realia. Na tej samej zasadzie możemy stać się posiadaczami artykułów sygnowanych nazwami „Channel” (zamiast Chanel), „Lacorse” (zamiast Lacoste) bądź „Georgi Amoni” (zamiast Giorgio Armani) i to wszystko naprawdę jest zgodne z prawem, bo różnica w nazwie widoczna jest na pierwszy rzut oka. To po prostu zarabianie pieniędzy na ludzkiej głupocie, ale handel prosperuje i ma się dobrze.

Duży wpływ na to zjawisko mają oczywiście wszechobecne trendy. W czasach, kiedy modny wygląd stał się wręcz priorytetem, a coraz to nowe ubrania jego nieodłączną częścią, ważnym elementem stały się tzw. sieciówki, przepełnione ubraniami, będącymi zbyt dosłowną inspiracją modeli prezentowanych na wybiegu. To także są swego rodzaju podróbki, ale z tym nawet nikt się nie kryje. Można to stwierdzić, patrząc chociażby na okładkę grudniowego Glamour’a „kup sobie sama! Sukienkę jak od Balmain za 79 zł, futerko jak od Gucciego za 49 zł, torebkę jak od Diora za 69 zł”. Czy naprawdę w modzie chodzi o to, by obwieszać się rzeczami „z Balmain”? Moim zdaniem nie, ale nie należę chyba do większości. Zjawisko produkcji i sprzedaży podróbek nie zniknie z pewnością, jeżeli w prawie będą tak duże rozbieżności, a w gazetach będzie promowany ideał bogatej „damy”, która na każde przyjęcie przychodzi z inną torebką (dla takich oto pań powstały także wypożyczalnie torebek np. bag4rent). Sama Coco Chanel powiedziała kiedyś nawet, że „bycie kopiowanym to cena sukcesu” i nie sposób się z nią nie zgodzić. Pozostaje jednak nadzieja, że sytuacja po pewnym czasie ulegnie zmianie (wpłynąć może na to chociażby coraz większa niechęć do towarów „made in china”). Trzymam kciuki za taki rozwój wydarzeń, a tekst dedykuję tym, którzy w swojej szafie mają co najmniej jedną rzecz „z Vuittona”, „z Chanel” czy „z Prady”.

rysunek autorstwa Lizzy la Rose