sobota, 30 kwietnia 2011

Trendy

/tekst pisałam pod koniec lutego/

Trendy. Wszechobecne filary, na których opiera się moda? Nieugięte i bezwzględne? Nie, to chyba nie ta epoka. Więc… czym właściwie są trendy? W czasach haute couture, gdy modę dyktowało zaledwie kilku projektantów, a nawet trochę później, kiedy środowisko modowe nie było tak rozlegle, trendy były widoczne na pierwszy rzut oka. W latach pięćdziesiątych noszono rozkloszowane spódnice, w latach sześćdziesiątych „lennonki”, a dekadę później sukienki w stylu „hippie”… A co jest „modne” w XXI wieku? To, co widać „na ulicy”, na wybiegu czy w Vogue’u?

Nadchodzi marzec i mimo że pokazy odbywały się już we wrześniu poprzedniego roku, dla większości śmiertelników sezon wiosenny dopiero się zaczyna. Towarzyszy temu dynamiczna zmiana zaokiennej temperatury, a także rozkładówki dołączone do magazynów o modzie, informujące nas o trendach i tendencjach nadchodzącego sezonu. 
Tak więc czytam, że „hitem sezonu” jest pomarańcz. Oprócz tego długie sukienki w tzw. „łączkę”, skórzane kurtki, „kocie” okulary, frędzle od rana do wieczora… Znowu okaże się, że moje życie nie będzie miało sensu, jeżeli nie kupię skórzanego T-shirtu (tak było w zeszłym roku, kiedy to owy T-shirt pojawił się na liście absolutnych must-have sezonu według Elle). Nie sprawię sobie niczego pomarańczowego, tak samo jak w zeszłym roku nie kupiłam niczego z kokardką (która także zajmowała dośc wysokie miejsce na liście must-have sezonu). Po prostu nie interesują mnie najnowsze trendy. Odnoszę wrażenie, że mogę być przez to uznana za „tę gorszą”, skoro we wszystkich gazetach zajmujących się modą (zaczynając od Vogue’a, poprzez Elle i Glamour, aż do Avanti czy Hot) podstawą są trendy. Zjawisko, którym całkiem na poważnie zajmują się tak zwani „fairy trends”, przyjmuje postać czegoś pospolicie wszechobecnego.
Jak (czysto obiektywnie) stwierdzić, co w danym sezonie jest modne, a co nie? Oficjalnie istnieją cztery stolice mody (Nowy Jork, Londyn, Paryż, Mediolan), ale równie oficjalnie tygodnie mody odbywają się nie tylko tam (przykładem może być chociażby Łódź i FashionPhilosophy Fashion Week Poland). Tysiące projektantów,  tysiące kolekcji i jeszcze więcej fasonów. Wyłowienie trendów jest w tej sytuacji rzeczą niewykonalną. Patrzy się więc na to, co założą ludzie z pierw-szych stron gazet. Rzeczy w podobnym stylu zamawia się do sesji i prezentuje światu jako trendy przez wielkie „t”
Jednym z przykładów jest tak zwany trend „bunny ears”, który do świata wielkiej mody wszedł mniej więcej dwa lata temu, kiedy to wystąpił w roli tematu przewodniego jesienno-zimowej kolekcji Louis Vuitton. Modelki ubrane w stylu wykwintnej paryżanki z opaskami imitującymi królicze uszy prezentowały światu nowy trend. Jakiś czas później Madonna pojawiła się na gali Organizowanej przez Metropolitan Museum ubrana od stóp do głów w rzeczy z metką Louis Vuitton, na głowie miała oczywiście tę słynną opaskę. Niedługo potem na okładce rosyjskiego wy-dania magazynu Vogue ukazała się Natalia Vodianova w różowej bieliźnie i kolorystycznie dopasowanej opasce od Louis Vuitton. Bunny ears zagościły także na łamach takich gazet jak Flare czy Neo2. Trend ten lasowały także inne celebrytki, między innymi Lily Allen, Lady Gaga i Ash-ley Olsen (w Polsce - Doda). Pojawiły się tańsze kopie w sklepach sieciowych (H&M, TopShop, Tally Weijl). Królicze uszy pełna parą wkroczyły także na ulice w postaci futrzanych czap, noszonych przez ośmiolatki (niektóre wersje miały nawet ogony!). Tak sytuacja wyglądała w zeszłym roku, jednak widocznie dzieciom spodobała się zabawa w królicze stada, bo w tym roku noszą dokładnie te same czapki.  
Przyglądając się temu wszystkiemu, wydaję mi się to po prostu głupie. Ale trendów nie można obejść. Nie pomaga temu nawet fakt, że na dobrą sprawę w dzisiejszym świecie nie mają one racji bytu.  Oprócz gazet istnieją także „sieciówki” pełne „inspiracji” z wybiegów. Czyli znowu trendy. Prowadzi to do uniwersalizmu na skalę światową – wielkie metropolie tracą swój niepowtarzalny styl, a na ulicy zamiast Francuzki w bereciku, czy Brytyjki w trenczu Burberry możemy spotkać co najwyżej „swoje” ubrania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz