wtorek, 23 listopada 2010

Lamy


W końcu udało mi się zrealizować zdjęcia, o których pisałam na początku miesiąca. Przedstawiają płaszcz, o którym także pisałam już wcześniej i lamy, które mnie ostatnio bardzo zaintrygowały.










Rysunek, na podstawie którego powstał szablon, autorstwa Filipa Ł., który w przyszłości będzie bardzo znanym rysownikiem. Choć sam w to nie wierzy i chyba bardziej widzi się w roli geniusza - odkrywanie nowej tablicy Mendelejewa i inne cudowne rzeczy, to mam nadzieję, że nie zmarnuje swojego talentu.

 

sobota, 16 października 2010

Płaszcz - projekt

Na fali mojej zakupowej depresji powstał projekt płaszcza idealnego: estetycznego i praktycznego. Będzie to dopasowany, szary płaszcz z asymetrycznym zapięciem. Kołnierz nie wygląda może jak część praktycznego projektu, ale to wina braku umiejętności rysowania. Uszyty będzie wyglądał zupełnie inaczej (kołnierz, nie płaszcz). Ale na pewno będzie w nim ciepło, za sprawą materiału, zawierającego 80% wełny i izolacji w postaci watoliny. Może nie brzmi zbytnio przekonująco, ale wierzę, że będzie dobrze. Materiał jest cienki, więc płaszcz nie straci fasonu, ale wystarczająco dobry jakościowo, by nie przeleżeć całej zimy z gorączką w łóżku. Będzie gotowy pod koniec miesiąca!

A oto moja inspiracja:
zdjęcie Babci i Dziadka (zwróciłam uwagę na płaszcz Babci)

wtorek, 12 października 2010

Nienawidzę zakupów!

Czemu zawsze tak jest, że robi się zimno, zaczyna padać deszcz, potem śnieg, a ja dalej chodzę w balerinach jak jakiś konik polny, który przez całe lato przyglądał się mrówkom, zamiast zbierać zapasy? Dlaczego co sezon jestem zmuszana do honorowej rundki po sklepach, z których wychodzę jako niezadowolony konsument? Co sezon dowiaduję się też, że nie tylko nie mieszczę się już w rozmiar 36, ale też 38. Nienawidzę zakupów.
Wchodzę do kolejnego sklepu (który to już dzisiaj? – myślę), oglądam ubrania (często pogniecione) i zastanawiam się, czy nie widziałam ich już w poprzednim sklepie. Odnoszę wrażenie, że projektanci ubrań, sprzedawanych w sieciówkach traktują klienta trochę niepoważnie.

Próbuję kupić płaszcz i botki. W zeszłym roku przywitałam zimę w jesiennym płaszczyku i tak jakoś wyszło, że przechodziłam w nim całą, mroźną zimę. Teraz miało być inaczej (sama nie mogę nadziwić się mojej naiwności).  Pełna optymizmu (ach ta naiwność) poszłam do sklepu. Znalazłam całkiem ładne botki – gruba podeszwa, zwiększająca szanse na przechodzenie zimy w suchych skarpetkach, sięgały do kostki, szaro-granatowa kolorystyka. Rozmiarówka? 36, 37 i na tym koniec. Nieznacznie popsuło mi to humor, jednak dwie godziny i 10 sklepów później miałam po prostu dość. W ramach „relaksu” postanowiłam zająć się szukaniem płaszcza. Po godzinie doszłam do wniosku, że albo mogę wyglądać, delikatnie mówiąc, śmiesznie (i nosić na sobie „płaszcz” stylizowany na pikowany namiot), albo wyglądać normalnie (czyli chodzić w dobrze skrojonym płaszczu, z materiału grubego jak plaster sera). Nie jestem w stanie pojąć, jak to możliwe, że produkuje się nikomu niepotrzebne rzeczy i jeszcze się na tym zarabia. Dlaczego płaszcze, w których można wsiąść do limuzyny, a nie do autobusu, sprzedaje się w sieciówkach?

Myślę, że coś trzeba z tym zrobić, dlatego zamierzam stworzyć płaszcz idealny. Pogniecie się dopiero wtedy, gdy będę go nosić (a nie tak jak ubrania w sklepach – pogniecione już na wieszaku), nie będzie miał dekoltu (naprawdę nie wiem, skąd wzięła się idea na projektowanie płaszczy i kurtek z dekoltem), będzie ciepły (taaaaak!) i estetycznie wykonany. Oto mój plan!

niedziela, 10 października 2010

Mieć STYL – co to właściwie znaczy?

Co najmniej od kilku dekad moda nie dyktuje nam trendów, raczej je proponuje. Otwierając rano szafę nie mamy już dylematu jak Scarlett O’Harra, mająca żałobę po Karolku Hamiltonie. Niezależnie od wieku i statusu społecznego możemy ubierać to, co najbardziej nam odpowiada. Jest to jednak wersja oficjalna. Jak ubierać się oryginalnie, skoro wszędzie powielany jest ten sam schemat?
Wszędzie czytamy identyczne rady, jesteśmy zachęcani do inspiracji stylem celebrytów, „Seksem w wielkim mieście”, kupowania w lumpeksach… Co obecnie oznacza sformułowanie „mieć własny styl”?

Nadchodzi nowy sezon. Nieważne, czy jest się na bieżąco z trendami, czy też nie – trzeba kupić nowe ubrania. Ciepłe buty, płaszcz, jakieś swetry… Zaczyna się szał zakupów. Idziemy do jakiejś sieciówki, bo tam przecież zakupy robi się najłatwiej, na przykład do H&M. Wybieramy sobie kożuszek, leżący najbliżej wejścia, za najbardziej popularną w tym sklepie cenę – 129,9 PLN, bez świadomości, że przez najbliższe kilka miesięcy będziemy nosić ubranie inspirowane płaszczem z kolekcji Burberry. Trochę jak w filmie „Diabeł ubiera się u Prady”, kiedy Andrea wyśmiała dwa identyczne paski – „Uważasz, że to cię w ogóle nie dotyczy. Idziesz do swojej szafy i wyjmujesz sfilcowany, niebieski sweter, by zasygnalizować światu, że traktujesz siebie zbyt poważnie, by dbać o to, w co się ubierasz. Ale nie wiesz, że ten sweter jest nie tylko niebieski. Nie turkusowy. Nie w barwie lapis lazuli. Jest modry. Jesteś nieświadoma faktu, że w roku 2002 de la Renta stworzył kolekcję modrych sukien, potem Yves Saint Laurent pokazał serię modrych marynarek. Modrość ukazała się w ośmiu różnych kolekcjach, potem zdeklasowała się w domach towarowych, by następnie dogorywać smętnie w twojej szafie. Ale mimo to za tym odcieniem stoją miliony dolarów, więc bawi mnie twoje przekonanie, że dokonałaś wyboru, by odciąć się od świata mody, gdy tymczasem nosisz sweter wybrany przez obecne tu osoby”. Może jest to trochę przerysowane, aczkolwiek niepozbawione prawdy. Kupowanie w sieciówkach jest na pierwszy rzut oka pozbawione wad, ale jeżeli przyjrzymy się temu okiem świadomego konsumenta, dostrzeżemy kilka mankamentów. Mam na myśli przede wszystkim słabą jakość (mam dziury we wszystkich T-shirtach, kupionych w sieciówkach), przytłaczająca liczba zbyt dosłownych inspiracji „prosto z wybiegu” i ubrania z „zielonej” linii H&M „made in bangladesh”.

Inną kwestią jest kupowanie w lumpeksach i internetowych sklepach, specjalizujących się w sprzedaży ubrań vintage. Osobiście nie jestem przekonana do robienia zakupów w ten sposób. Praktycznie wszystkie blogi o modzie bazują na lumpeksowych opowieściach i prezentowaniu zakupowych łupów, przez co wydaje mi się to jeszcze bardziej oklepane. Jakoś nigdy nie wierzyłam w skomponowanie całego zestawu za mniej niż 20 złotych, a jedyna rzecz, jaką kupiłam w lumpeksie to kapelusz, w którym nigdy nie wyszłam na ulicę z powodu braku odwagi.

Nie wierzę też w akcje typu „zmienić styl za grosze” czy diy (do it yourself), prezentowane często w magazynach i blogach o modzie, a robienie wytartych dżinsów za pomocą Domestosa czy nawlekanie koralików na sznurek w celu zrobienia naszyjnika, uważam po prostu za śmieszne. Tak samo jak przyszywanie koralików do poduszki w celu „ożywienia wnętrza” – przykład ten powielany jest często w tego typu artykułach. Ogólnie robienie ręcznie biżuterii jest świetnym sposobem na ożywienie stylu, ale do tolerancji wobec koralików nikt mnie nie zmusi – są po prostu okropne!

Innym sposobem na urozmaicenie stylu (tym razem w wersji z wyższej półki) jest biżuteria firm takich jak Pandora czy Lilou. Choć płacenie 800 złotych za jeden koralik wydaje się głupotą, ogólna idea bardzo mi się podoba. Tym bardziej, że najtańsze (czyli najbardziej minimalistyczne) koraliki są kolokwialnie mówiąc najładniejsze. Idea takiej biżuterii została zaadaptowana również przez klasę średnią. Mam na myśli oferty z Krupówek i nadmorskich straganów – „stwórz niepowtarzalną biżuterię! łańcuszek – 5 złotych, każdy koralik – 3 złote”. To jeden z przykładów na nieprawidłowe zrozumienie pojęcia „luksus”. Biżuteria marki Pandora przywodzi mi raczej na myśl góralki, które marzyły o posiadaniu prawdziwych korali. Zbierały je latami, każdy koralik zdobywały osobno, zostawiały w spadku swoim córkom… W każdym bądź razie była to biżuteria z historią. To był luksus. 

A co ze stylem? Z pojęciem „styl” kojarzy się przede wszystkim oryginalność. Ale jak tu być oryginalnym, skoro wszyscy dążymy w podobnym kierunku i podobnie rozumiemy to pojęcie? Na przykład biżuteria Lilou – została stworzona z myślą o byciu oryginalnym, a noszą ją prawie wszystkie polskie celebrytki. Wszyscy kopiujemy też ikony typu Audrey Hepburn i Marylin Monroe. Samo stwierdzenie „mój ulubiony film to „Śniadanie u Tiffany'ego”, czyni z nas kogoś lepszego, niż gdybyśmy lubili oglądać film „Sami swoi”,
a naszymi ulubionymi bohaterami byliby Kargul i Pawlak. Może trochę ironizuję, ale niestety tak wygląda rzeczywistość.
Miałam nadzieję, że Wikipedia pomoże mi lepiej zrozumieć znaczenie słowa „styl”. Niestety, Wikipedia traktuje słowa „moda” i „styl” jako synonimy i tłumaczy je jako „potrzebę naśladowania innych, aby się identyfikować z nimi”. Czyli koło się zamyka. Po raz kolejny, niestety.  

piątek, 10 września 2010

Celebryci w świecie mody

Widziałaś naszyjnik, który ostatnio nosiła Keira? A te szpilki Kylie? Albo sukienkę Kate Moss?
Jasne, wszystkie o tym marzymy. By żyć jak gwiazda. O ubraniach za miliony dolarów. O diamentowej biżuterii. Podobno.
Ile razy czytałaś artykuł zatytułowany „Wyglądaj jak…” (tu wpisz imię ulubionej celebrytki) i zastanawiałaś się, co one w sobie mają? One. Czyli kto? Zwykłe kobiety. Może noszą rozmiar 34 (choć dzięki jesienno-zimowym kolekcjom takich domów mody jak Louis Vuitton czy Prada może się to zmienić), mają zawsze-pełne-portfele, jeżdżą na wakacje na Barbados… Ale są zwykłymi kobietami. Naprawdę.
Czemu więc marzymy o ich życiu?
Czemu gonimy nieistniejącego wieloryba?

Należy zacząć od tego, że nie każda celebrytka jest ikoną mody. Często dzieje się tak, że jakaś aktorka, piosenkarka bądź modelka ubierze się (a właściwie zostanie ubrana, o czym często zapominamy) odpowiednio elegancko lub ciekawie i od razu zostanie mianowana „ikoną mody”. Określenie to nadużywane jest przez dziennikarzy piszących o modzie. Rynek ma to do siebie, że szybko reaguje i przyjmuje nowe trendy, a człowiek podświadomie dąży do bycia modnym. Skoro czytamy w kolorowych pisemkach (a nawet w Vogue’u, uznawanym za biblię mody), że taki a taki zestaw jest modny, od razu przyjmujemy trend i staramy się wyglądać jak aktorka z naszego ulubionego serialu. Na przykład.

Hollywood w poprzednim wcieleniu
Adorowanie gwiazd nie jest zjawiskiem nowym. Jednak kiedyś wyglądało to zupełnie inaczej. Wszystko zaczęło się w latach dwudziestych, czyli na początku „złotego wieku kina”. Wytwórnie filmowe w swoich produkcjach pokazywały świat daleki od rzeczywistości. Bohaterowie filmów mieszkali w pięknych apartamentach otoczonych ogrodem, mieli służbę, byli wspaniale ubrani… A widz miał to na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło kupić bilet, iść do kina i na chwilę stać się częścią tego świata. Ważną rolą odgrywali projektanci kostiumów, którzy poniekąd tworzyli te marzenia. Każde studio zatrudniało swoich projektantów. Może nikt nie pamiętałby dziś stylu Marleny Dietrich, gdyby nie Travis Banton, który projektował jej piękne suknie i eleganckie garnitury. Początkowo zarabiano na sprzedaży kopii strojów, które wystąpiły w filmach. Przełom nastąpił w roku 1953, kiedy to Audrey Hepburn została twarzą perfum Givenchy „L’Interdit”. Audrey i Hubert (de Givenchy) zaprzyjaźnili się i wzajemnie sobie pomagali. On projektował stroje specjalnie dla niej, a ona była żywą reklamą firmy. Świat przekonał się, że taka współpraca może być bardzo owocna.
W latach pięćdziesiątych nastąpiła także inna bardzo znacząca zmiana. Dzięki popularyzacji telewizorów, które stały się tańszym środkiem przekazu, ludziom przestało zależeć na oglądaniu milionerów w ich bogato urządzonym świecie. Chcieli realizmu. Ludzi podobnych do siebie. Niekonieczne bogatych. Chcieli oglądać ich smutki i razem z nimi cieszyć z sukcesów. Miało to ogromny wpływ na modę. Pojawił się „styl dziewczęcy”, a w późniejszych latach Twiggy stała się prawdziwym wzorem piękna.

Celebryci jako reklama
Obecnie celebryci traktowani są przede wszystkim jako reklama. Coraz częściej okazuje się, że moda nie jest niestety piękną bajką i liczą się przede wszystkim pieniądze. Wzięłam pod lupę okładki czterech edycji Vogue’a (edycja brytyjska, amerykańska, paryska i włoska) w roku 2009. Alexandra Shulman wybrała na okładki brytyjskiego Vogue’a pięć celebrytek i siedem modelek, Anna Wintour trzynaście celebrytek (w tym Michelle Obamę) i cztery modelki, Carine Roitfeld z paryskiego Vogue’a zdecydowała się na dwie celebrytki i dziewięć modelek, a na okładkach Vogue’a Italia pojawiło się tylko jedna celebrytka i dziewiętnaście modelek. Ogółem: dwadzieścia jeden celebrytek i trzydzieści dziewięć modelek, czyli wbrew opinii, że okładka z twarzą popularnej aktorki bądź piosenkarki sprzeda magazyn, modelek jest więcej. W końcu do tego zostały stworzone.
Zatrudnianie celebrytów jako modeli stało się bardzo popularne w reklamach zapachów. Stanie się „twarzą zapachu” (tak to jest często określone) wymaga od celebrytki nie tylko wystąpienia w krótkim klipie reklamowym lub ciągłym oglądaniu swojej twarzy na billboardach. Chodzi o autentyczność. Wielu ludzi do dziś kojarzy Marylin Monroe z pefumami Chanel No.5, które przecież reklamowała i mawiała, że „chodzi spać mając na sobie klasyczną „piątkę”. Jedną z twarzy Chanel No.5 jest także Nicole Kidman. W roku 2007 po premierze filmu „Złoty kompas” dziennikarze pewnej gazety napisali, że ulubionym zapachem gwiazdy jest Jasmine&Mint od Jo Malone. Napisali też, że Nicole używała tych perfum w czasie premiery. Aktorka pozwała gazetę do sądu. Gdyby okazało się, że dziennikarze napisali prawdę, firma Chanel mogłaby wyciągnąć wobec niej poważne konsekwencje. 
W reklamach ubrań, sprawa wygląda w miarę podobnie. Gwiazdy często zatrudniane są jako „twarze kolekcji”. Julianne Moore wystąpiła w kampanii Bvlgari, Madonna była twarzą Louis Vuitton i Dolce&Gabbana, Katie Holmes promowała Miu Miu (jej poprzedniczkami były Vanessa Paradis i Kirsten Dunst)... Jednak w sezonie jesień/zima 2010/11 powoli zaczęto odchodzić od zatrudniania celebrytek w reklamach odzieży luksusowej. Modelki prezentują sobą większą neutralność. Aktorki kojarzą się przede wszystkim z filmami, w których grały, piosenkarki z muzyką i koncertami, a przecież w reklamie chodzi o odpowiednie zaprezentowanie ubrań, a nie modelki.
Kolejnym sposobem na reklamę przy pomocy celebrytów jest zapraszanie ich na pokazy. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie dostawali za to specjalnego wynagrodzenia. I to dosyć wysokiego. Według portalu Fashionista, Rihanna i Beyoncé dostają sto tysięcy dolarów, Mary Kate Olsen i Kate Hudson osiemdziesiąt tysięcy, a Jennifer Lopez trzydzieści. Na tym przykładzie widać doskonale, że współpraca z celebrytami przynosi ogromne korzyści. Skoro opłaca się zainwestować sto tysięcy dolarów, to jak muszą wyglądać zyski?

Zapach sławy
Perfumy to najtańsza rzecz, która przybliża nam luksus. Wielu ludzi nie stać na noszenie kreacji couture ani nawet ready-to-wear z metką znanych projektantów, ale kupują zapachy ze znanym logo. W końcu to jedyna możliwość, by zakosztować luksusu i nie popaść w długi. Wykorzystały to gwiazdy, które firmują perfumy swoimi nazwiskami. Dzięki temu prawie każdy śmiertelnik może pachnieć jak Kate Moss, Eva Longoria czy Antonio Banderas. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że gwiazda, która nie ma „swoich” perfum, nie jest gwiazdą. Pierwszą celebrytką, posiadającą „swoje” perfumy jest Elizabeth Taylor, która w roku 1987 zaprezentowała perfumy „White Diamonds”. Z czasem coraz więcej celebrytek przekonało się do współpracy z firmami, produkującymi perfumy. Tylko w tym roku na rynek weszły perfumy od Fergie („Outspoken”), Britney Spears („Radiance”), Jessici Simpson ("Fancy Nights") i Beyonce ("Heat"). Jednak najlepiej sprzedającymi się perfumami, które stworzyła gwiazda, są „White Diamonds” od Elizabeth Taylor.
Nie można powiedzieć, że gwiazdy tworzą perfumy tylko dla pieniędzy, ale widząc, że gwiazda prezentuje swoje perfumy po raz n-ty (nie drugi albo trzeci, ale siedemnasty), to zaczynam mieć co do tego poważne wątpliwości. Niektóre domy mody nie mają tylu perfum w swoim asortymencie. Poza tym, żeby stworzyć perfumy trzeba mieć odpowiednie wykształcenie, którego celebrytki nie mają, więc siłą rzeczy nie są w stanie „zrobić” perfum. One mogą jedynie stworzyć je w myślach, przekazać swoją wizję specjalistom, a na końcu wybrać odpowiednią fiolkę z odpowiednim zapachem. I na tym właściwie koniec, więc nie rozumiem całego zamieszania wokół tego zjawiska.

Gwiazdy w roli projektantów.
Nowy trend czy nieporozumienie?
Po perfumach przyszedł czas na własne kolekcje. Pierwsza wpadła na ten pomysł Elle Macpherson, która w roku 1996 wypuściła linię bielizny "Intimates". Obecnie bieliznę od Elle Macpherson można kupić w internetowym butiku Net-a-porter obok ubrań z metkami takich sław jak Alexander McQueen czy Stella McCartney. Projektowaniem zajmują się dziś nie tylko modelki. Projektują wszyscy. Od gwiazdek Disneya, przez piosenkarki i aktorki, aż po dziedziczkę hotelowej fortuny. Niektóre projektują okazjonalnie, w ramach akcji charytatywnych, niektóre dla sieciówek, niektóre zakładają własne domy mody, a jeszcze inne zostają dyrektorami kreatywnymi tychże. I właśnie to przelewa czarę goryczy. Co taka Lindsay Lohan, była projektantka domu mody Emanuel Ungaro, może wiedzieć o modzie? Krytycy nie zostawili na niej suchej nitki. Jednak Lindsay nie zrezygnowała z kariery w świecie mody. W asortymencie firmy 6267 pojawiły się ubrania, sygnowane nazwiskiem celebrytki. W międzyczasie Lindsay zaprezentowała też kolekcję legginsów.
Na szczęście nie wszystkie celebrytki prezentują swoimi projektami tak niski poziom. O wiele lepiej radzą sobie na przykład siostry Olsen (Elisabet and James), Sienna Miller (Twenty8Twelve) i Victoria Beckham (Victoria Beckham Collection). Victoria zaczynała od dżinsów. Obecnie projektuje pełną kolekcję pret-a-porter, pokazywaną dwa razy w roku na wybiegach New York Fashion Week. Mimo pozytywnych opinii krytyków, projektanci „z prawdziwego zdarzenia” nie kryją oburzenia. Głos zabrał Alber Elbaz, dyrektor kreatywny domu mody Lanvin. „Czuję, że niektóre gwiazdy myślą, że ponieważ są sławne, mogą zajmować się modą. Wyobraźcie sobie, gdybym chciał być teraz tancerzem. Uwierzcie mi, nie mogę. Nie umiem skakać. Nie umiem nawet kuśtykać z jednego punktu od drugiego. Uważam, że to jest swego rodzaju pomyłka." – powiedział. Zgadzam się z nim w stu procentach. Projektanci to ludzie wykształceni w tej dziedzinie. Artyści. W swoich projektach potrafią pokazać sztukę przez wielkie „s”. Obecnie celebryci promują ideę „każdy może być projektantem”. Bez wykształcenia, bez odpowiedniej estetyki wewnętrznej, ale oczywiście, każdy może. A naiwny konsument kupi słabej jakości T-shirt z nazwiskiem celebrytki.
Dom mody Halston zrobił eksperyment, zatrudniając Rachel Zoe, znaną stylistkę, jako konsultantkę projektów. Niestety, nie powiodło się, mimo że Rachel jest specjalistką w tej dziedzinie. Stylistki to tak naprawdę podstawa wizerunku celebrytów. Niewiele osób zna Patricię Field, a Carrie Bradshaw (graną przez Sarah Jessicę Parker) zna każdy, kto oglądał „Seks w wielkim mieście”. Ale to właśnie Sarah dostała propozycję objęcia stanowiska dyrektora kreatywnego w domu mody Halston.
Nie wiadomo jeszcze, jak rozwinie się ta sytuacja. Minęło już pierwsze „zachłyśnięcie się” nowością, zaczęła się pierwsza fala krytyki. Na razie ze strony ludzi z branży. Konsumenci jeszcze kupują. Najwięcej od Victorii Beckham, która, moim zdaniem, jako jedyna gwiazda nadaje się na projektantkę. Celebryci na pewno będą walczyć o swoje miejsce w świecie mody, ale wynik bitwy nie jest z góry przesądzony.

Projektanci czy celebryci?
Projektanci idą za przykładem gwiazd i próbują opanować wszystkie dziedziny mody. Produkcja perfum jest w tym przypadku najmniej oryginalna. Obecnie można kupić wszystko. Róże od Very Wang, kredki od Marca Jacobsa, tapetę od Jeana-Charlesa Castelbajaca… Można usiąść w fotelu Burberry i wypić herbatę w filiżance od Versace, rozmawiając przy tym przez telefon od Prady, a jeśli będzie czuło się niedosyt, można wyjechać do Dubaju i zamieszkać w hotelu Armaniego.
Coraz trudniej znaleźć dziś projektanta-artystę, marzącego od dziecka o swoim atelier. Projektanta z wizją mody, w której nie chodzi tylko o szpilki z najnowszej kolekcji. Niektórzy, na szczęście nie wszyscy, martwią się raczej o sprzedaż i przypodobanie się blogerom i dziennikarzom, którzy właśnie takową gwarantują i wolą chodzić na gale, gdzie łatwo mogą się wypromować niż do swojego atelier.