niedziela, 17 czerwca 2012

Chcemy polskiego Vogue’a?

Vogue – tzw. „biblia mody”, uznawany za najbardziej opiniotwórczy magazyn o modzie; będący niewątpliwie namiastką świata prawdziwej mody. Zdaniem niektórych jest właśnie tym, czego Polsce brakuje, by stać się częścią tego świata. Osobiście nie wyobrażam sobie polskiego Vogue’a, ale zawsze można użyć trochę wyobraźni i zastanowić się, jak owy Vogue mógłby wyglądać.

Kto na okładkę?
Powiedziałam koleżance, że piszę tekst o hipotetycznym polskim Vogue’u. „No tak, już to sobie wyobrażam – Kasia Zielińska na okładce” powiedziała, po czym spojrzała na mnie z politowaniem. Obawiam się, że tak by się to właśnie skończyło. W Polsce raczej podąża się za Anną Wintour i jej filozofią „celebrytka na okładce-okładka sprzedana”. Brakuje nam odwagi Franci Sozziani (redaktor naczelnej włoskiego Vogue’a), która na łamach swojego magazynu prezentuje przede wszystkim modelki. Jeśli w Polsce na okładce widzimy modelkę, prawie na pewno jest nią Anja Rubik. Magdę Frąckowiak czy Kasię Struss częściej można zobaczyć na okładkach bardziej „niszowych” magazynów. W okładkach czasopism sieciowych brakuje przede wszystkim zdjęć autorskich. Byłam pod wrażeniem okładki z Dagą Ziober (Elle, luty ’12), jednak przeważającą częścią okładek są raczej te z „hollywoodzkimi gwiazdami”, będące często przedrukami z zachodnich gazet. Szkoda, że nie stać nas na okładki, które przyciągają wzrok jakością zdjęcia a nie twarzą znanej osoby.

Pierwsze strony...
Co w każdym numerze, niezależnie od miejsca wydania, można znaleźć na początku? Oczywiście kampanie reklamowe. Dior, Chanel, Prada, Marc Jacobs, Cartier – spojrzenie na kilka (a raczej kilkanaście, kilkadziesiąt) pierwszych stron daje nam przegląd najważniejszych, najbardziej luksusowych kolekcji. Co pokazywalibyśmy w polskim Vogue’u? No właśnie nie wiem. Obecnie w polskich magazynach (np. Elle czy Glamour) można zobaczyć kampanie MaxMary i Hugo Bossa, jednak przeważającą liczbę stron zajmują reklamy kosmetyków. Trzeba jednak przyznać, ze krokiem milowym ku rozpowszechnieniu marek z wyższej półki było otwarcie warszawskiego VitkAcu. Jest to pierwsze miejsce w Polsce, gdzie bez problemu (wystarczy odpowiednia zawartość portfela) można kupić rzeczy z najnowszych kolekcji najlepszych projektantów. Co prawda nie ma tam Chanel, ale ubrania od YSL, Alexandra McQueena czy Chloé wiszą na wieszakach i czekają na zainteresowanych klientów. Jako czytelniczka jestem dumna, kiedy otworzywszy Glamour, widzę zdjęcia najnowszych kampanii YSL czy Lanvin. Szkoda tylko, że w Polsce traktujemy to wszystko jako nowość, mimo że na Zachodzie od lat dostępność luksusowych towarów jest na porządku dziennym.

A co z redakcją?
Kwestią podstawową jest oczywiście skład redakcji. Pierwszą osobą odpowiednia do pracy w polskim Vogue’u, która przyszła mi do głowy, jest Michał Zaczyński, który do niedawna pisał do Newsweeka, ale współpraca chyba się nie ułożyła  (swoją droga to ogromna strata dla tej gazety). Dobre felietony pisałaby z pewnością także Joanna Bojańczyk (która obecnie pisze do Twojego Stylu i Rzeczpospolitej). Na pewno nie zawiodłaby też Maja Kasprzyk (Elle). Może Ina Lekiewicz (Glamour)? Zastanawiam się tylko, czemu tak mało pisze – wolę ją w roli dziennikarki niż stylistki. Należy tez wspomnieć o lekkim lecz treściwym stylu pisania Alicji Szewczyk (Glamour) – pewnie poprowadziłaby całkiem niezły dział kulturalny. Od niedawna czytam też bloga Alicji Kowalskiej, która wprawdzie jest stylistką, ale ostatnio coraz częściej zajmuje się pisaniem i trzeba przyznać, że odnajduje się w tej roli; z przyjemnością czytałabym jej relacje z pokazów oraz felietony także w wersji papierowej.
Tak więc, powiedzmy, cześć redakcji zajmującą się redagowaniem tekstów mamy już ze sobą. A co ze zdjęciami? Albo ewidentnie się nie znam, albo mam dziwny gust, ale odkąd panuje przekonanie, że każdy człowiek z lustrzanką jest fotografem, kompletnie nie mogę odnaleźć się w fotografii. Próbowałam przypomnieć sobie sesje zdjęciowe, które naprawdę zapadły mi w pamięć – do głowy przyszły mi dwie, które pamiętam doskonale, mimo że widziałam je kilka miesięcy temu. Zdjęcia te zostały opublikowane w moich dwóch ulubionych magazynach o modzie – Fashion Magazine i Viva!Moda. Pierwsza z nich jest bardziej klasyczna, stonowana – ma jednak w sobie coś innowacyjnego. Sesja (zatytułowana "Allure"  FM zima 2011) uzupełniona jest artykułem Marcina Świderka o Dianie Vreeland, całkiem ciekawym swoja drogą. Druga, autorstwa Marcina Tyszki ("Sztuka w służbie mody" V!M także zima 2011), jest zdecydowanie bardziej awangardowa, momentami może trochę dziwna, jednak nie sposób o niej zapomnieć (nie przesadzam) i nie pomyśleć czasami, co właściwie autor miał na myśli, fotografując ludzi w dziwnych pozach, ubranych w drogie ubrania (także polskich firm, co uznawane jest za niezwykle poprawne politycznie). Moje ulubione zdjęcie przedstawia parę młodą, trzymająca się za ręce, która wystaje ze ściany zamiast stać na podłodze, jak na klasyczną parę przystało. 

Zastanawiam się tylko, jak długo będę o nich pamiętać. Sesjami Tyszki, a z resztą nie tylko jego, chciałabym się zachwycać co miesiąc i nie tylko w wyżej wymienionych magazynach. Co miesiąc chciałabym widzieć w polskiej prasie coś nowego, zaskakującego i cieszyć się, jak wysoki poziom mody reprezentuje sobą Polska.
Tekst ten bynajmniej nie miał na celu absolutnej krytyki polskiego „świata mody” – nie jest przecież tak do końca źle. Mamy tydzień mody – dbajmy o poziom, nie sprzedawajmy tam kiełbasy na gorąco. Mamy projektantów – nie nazywajmy tych ubrań haute couture (właściwie nie jest to nawet zgodne z prawem). Mamy magazyny – prezentujmy w nich wartościowe sesje zamiast przedruków z zagranicznych tytułów (naprawdę nie satysfakcjonuje mnie fakt, że w polskim Glamour mogłam zobaczyć sesję, która wcześniej ukazała się w Vogue’u; widziałam ja w internecie kilka miesięcy wcześniej). Mamy dziennikarzy – aspirujmy do tych najlepszych, piszmy prawdę, ubierając ją w ciekawy język (pewna dziennikarka porównała wiosenny pokaz Louis Vuittona do toru weselnego – to właśnie takie recenzje zostają w pamięci, a nie te z informacja o tym, że w pokazie wzięła udział Kate Moss).

Przecież z jednej strony mamy ludzi takich jak Michał Zaczyński i Krzysztof Stróżyna (swoja drogą, czemu ubrania od Stróżyny są tak rzadko umieszczane w polskich sesjach zdjęciowych?), a z drugiej Joannę Horodyńską czy Adę Fijał (na pewnym forum internetowym widziałam propozycję, by właśnie te panie zostały redaktorkami mody w naszym polskim Vogue’u, kiedy już tylko takowy pojawi się na rynku).
Okażmy więc trochę skromności, biorąc pod uwagę obecne warunki i nie porywajmy się z motyka na słońce, czyli z naszymi możliwościami na polskiego Vogue’a.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz